Strona używa ciasteczek (cookies). Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Czytaj więcej


David Graeber: Praca bez sensu. Teoria.

Minimalizm: Dokument o rzeczach ważnych

E.M. Forster: Maszyna staje

Duane Elgin: Voluntary Simplicity

Barry Schwartz: Paradoks Wyboru. Dlaczego więcej oznacza mniej.

Fakap. Czyli moja przygoda z korpoświatem.

Wciąż najbardziej rozpowszechniony przekaz głosi, że liberalny kapitalizm to samoregulująca się maszyna, a niewidzialna ręka rynku karze każdą nieefektywność. To kolejny mit, jedna z tych rzeczy „o której Ci nie powiedzą o kapitalizmie”, a przykładem niegospodarności jest rozpowszechnienie prac bez sensu marnujących ludzki potencjał i energię. David Graeber, niedawno zmarły antropolog i anarchista, który z pewnością nie szukał pozytywów w naszym systemie ekonomicznym, sam był zdziwiony, jak powszechne jest to zjawisko. (Graebera można oskarżać o „lewactwo”, ale jego książka została Książką Roku Financial Times w 2018).
Z pewnością wielu z nas poświęca choćby niewielką część czasu w pracy na zajęcia, o których wiemy, że nie mają sensu. Kto choć raz nie był zmuszony do przygotowywania raportów czy firmowych newsletterów, których się nie czyta, prezentacji, których nikt nie ogląda lub które nie miały niczego osiągnąć, poprawiania miejsc po przecinku w tabelkach w excelu, pisania maili dupochronów? Ale może być jeszcze gorzej. Graeber napisał artykuł na temat prac bez sensu a po tym, gdy w krótkim czasie artykuł stał się wiralem, poprosił w sieci o podzielenie się opisami prac, które zdaniem osób je wykonujących były „pracami – ściemami”. Odzew przerósł jego oczekiwania i został wykorzystany do napisania książki.
Zgłaszali się nie tylko ludzie, którzy są zmuszani do wypełniania, obok produktywnej pracy, bezsensownych obowiązków, ale również tacy, których praca, ich własnym zdaniem, w całości mogła zniknąć bez jakiejkolwiek szkody, a w wielu przypadkach z pożytkiem dla wszystkich. Opowieści internautów pozwoliły Graeberowi sklasyfikować rodzaje prac bez sensu. To praca „lokai” – których obecność w firmie ma dodawać prestiżu (przykładem mogą być niektórzy asystenci i pracownicy recepcji). „Zbiry”, czyli np. telemarketerzy, PR-owcy, prawnicy korporacyjni, których praca często zawiera element manipulacji i istnienie stanowiska jest wymuszone tym, że konkurencja też zatrudnia takie osoby. Jedna z moich ulubionych – „łatacze z taśmą” – stanowiska istniejące z powodu wady w funkcjonowaniu organizacji. Zamiast usunąć pierwotny błąd, łatacze muszą naprawiać stale powracający, wywoływany przez niego problem. „Odhaczacze”, czyli stanowiska istniejące tylko po to by firma mogła zademonstrować wypełnianie jakiś zobowiązań – np. wobec oczekiwań jakiejś grupy, lub nałożonych przez prawo. Oczywiście stanowiska odhaczaczy stworzono tak, by nie miały siły sprawczej i ich praca ogranicza się do tworzenia pozorów w postaci papierologii. W końcu, większości bardzo dobrze znani, „nadzorcy” – całkowicie zbędni zarządzający, którzy mogą nawet nie znać się na tym czym zarządzają, a bez których praca i tak byłaby wykonana, często wręcz lepiej czy szybciej.
Problem dotyczy zarówno sektora prywatnego, jaki i państwowego i nie ma związku z wysokością wynagrodzenia. Wręcz przeciwnie, zarobki za wykonywanie pracy bez wartości często są bardzo wysokie. W 1930 John M. Keynes przewidywał, że w przyszłości rozwój techniki i organizacji uwolni nas od konieczności długich godzin pracy. Według Graebera tak faktycznie się stało. Z tymże ten czas odzyskany został zamieniony na prace bez sensu. Istnieniu prac ściem, które są szkodliwe dla społeczeństwa, dla firm i dla dobrostanu psychicznego osób je wykonujących, trochę się zaprzecza, a trochę nie jest akceptowane, by o nich mówić. Wydaje się, że nikt nie próbuje przyznać, że problem istnieje i go rozwiązać. Wymagałoby to sięgnięcia głęboko w konstrukcję modelu ekonomicznego. Jedyna szansa, że zaczniemy odczarowywać to, jak zbudowane są jego mechanizmy i zaczniemy traktować kapitalizm jako ideologię, a nie prawo naturalne. Szalejąca pandemia COVID pomaga dostrzec, które zawody rzeczywiście przynoszą korzyści społeczne, a które to tylko konstrukty, bez których moglibyśmy się obejść.
Książka jest dedykowana: „każdemu, kto wolałby zrobić ze sobą coś użytecznego”.

Na osobach niesiedzących w temacie, minimalizm może stwarzać wrażenie sekty próbującej udowadniać, że da się żyć, posiadając tylko laptop, komórkę i szczoteczkę do zębów. Jakby to były zawody kto przeżyje, posiadając mniej. Film D’Avelli trochę to prostuje, podkreślając, że minimalizm to nie wyrzeczenie, ale życie bardziej celowe, zawierające więcej wartości. Redukowanie nie tylko liczby rzeczy materialnych, ale również elementów stylu życia, które rozpraszają, zabierają czas i energię. Minimalista woli je przeznaczyć na rzeczy istotne, takie jak związki międzyludzkie, angażowanie się i wspieranie wartościowych inicjatyw, rozwój, satysfakcję z każdego momentu codziennego życia. Gdy mówimy o minimalizmie, powinniśmy się skupiać na tym, czego nam przybywa, tj. więcej rzeczy dodających życiu wartości, czyniących nas szczęśliwymi, a nie na tym, czego się pozbywamy. Stąd tytuł – „Dokument o rzeczach ważnych”.
Pomimo tego, film przekona przekonanych. Tych, którzy tematu nie czują, raczej nie. Pokazane konwersje na minimalizm dotyczą życia, od którego wielu raczej nie będzie uciekać, nie tylko w Polsce. Nawet za cenę szczęścia. Film z jednej strony podkreśla, że minimalizm to nie radykalny styl życia, ale wybór jakości nad ilością. Jednak postaci z filmu są dosyć radykalne w swoich wyborach i podjętych życiowych decyzjach. Dobrze byłoby zobaczyć mniej spektakularne przykłady takich przeciętnych minimalistów, którzy żyją wg „nie za dużo, nie za mało, ale wystarczająco”. Bo to „wystarczająco” wydaje mi się, wymaga największej samoświadomości. Prosta redukcja posiadania jest bezmyślna, jest przyjmowaniem kolejnego stylu, skupianiem się nie na tym, co jest ważne. Nawet jeśli zredukowanie bałaganu na zewnątrz i wewnątrz nas, niezależnie od motywacji, raczej nam dobrze zrobi.
Im więcej posiadamy, tym bardziej jesteśmy uwięzieni przez zagracone życie. A co jeśli nie czujemy się zniewoleni? Ktoś, kto jeszcze jakoś funkcjonuje w przepełnionym życiu i daje radę zaczerpnąć oddech w ciągu dnia, zapada w rutynę, w którą nas wtłoczyła kultura, przemysł dóbr zbywalnych i reklamy i rzadko myśli o zmianach. W chwilach kryzysu, w chwilach natłoku i gorączki brakującego czasu, widzimy ostrzej i jest większa szansa, że poczujemy tęsknotę do życia bardziej wybrednego, z którego powyrzucamy to, co je zagraca. Film trochę też za mało przekonująco pokazuje te chwile kryzysu.
Podejmowanie wyborów, życie wg własnego skryptu – to nie jest prosta droga. Tylko mniejszość się na nią decyduje, Większość idzie na łatwiznę, przyjmując gotowe rozwiązania podsuwane przez reklamy. Dlatego nie ma szans, by ten ambitny styl życia wszedł do mainstreamu. To zbyt trudne. I tu jest paradoks – z jednej strony przez minimalizm można osiągnąć prostsze życia, ale z drugiej wymaga wysiłku, by poznać siebie, zrozumieć co naprawdę jest istotne.
Aktywni minimaliści lub tylko minimalizmowi kibicujący, będą mieć przyjemność z oglądania. Ambiwalentnie nastawieni być może dostrzegą paralelę do własnego życia i film stanie się kroplą drążącą skałę.
Film dostępny tutaj w wersji oryginalnej.

Jurorzy jeszcze debatują czy przepowiednie Nostradamusa, królowej Saby i innych się sprawdziły. Dystopia Forstera, opisana w krótkim opowiadaniu sf ponad sto lat temu (r. 1909), niestety tak. Niezwykle celnie opisuje relacje międzyludzkie i relacje człowieka ze światem zewnętrznym w przyszłości, w której jesteśmy otoczeni przedmiotami ułatwiającymi nam życie i komunikowanie się. Zgoda, konkretne rozwiązania techniczne w opowiadaniu są inne niż te faktycznie przez nas stworzone. Ale każde proroctwo wymaga interpretacji. A Forster trafnie przewidział efekty wprowadzania pewnych rozwiązań. Oceńcie sami czy do naszego świata można odnieść następujące opisy rzeczywistości, a jeśli jeszcze nie, to czy w tą stronę, dzięki bezkrytycznej adopcji wszelkich rozwiązań technologicznych, nie podążamy:

  • Niewykorzystywanie naszych ciał i zmysłów. Coraz gorzej radzimy sobie z różnymi funkcjami, do wykonywania których nasze ciała wyewoluowały. Natłok przekazu i wycofywanie się do świata technologicznego zabija w nas umiejętność postrzegania i wyobraźnię.
  • Dzięki technologiom mamy liczne pozorne kontakty, na które rozdrabniamy czas kosztem obcowania bezpośredniego, bardziej wartościowego z mniejszą, za to z ważniejszą grupą. Musimy się bronić przed natłokiem informacji, co często wywołuje irytację.
  • Nie tylko jakość kontaktów cierpi. Jeszcze bardzo powoli ale również nasze doznania i doświadczenia zaczynają być mniej bezpośrednie a częściej moderowane przez technologię. Coraz więcej wtórności a mniej oryginalności (patrz Erudyci z Twittera).
  • Rozwiązania technologiczne zapewniają kontakt z ludźmi, z ideami. Może dlatego to w ich używaniu szukamy psychologicznego komfortu.
  • Uniformizacja – wszędzie tam gdzie wkroczył rozwój, świat wygląda w zasadzie jednakowo. Różnice zanikają. To nie produkty są dostosowane do nas ale my dostosowujemy się do globalnej oferty (mnogość wyboru nie oznacza, że jest to oferta „szyta na miarę”).
  • Poszczególne aspekty życia tracą na jakości (pomyślcie o smaku dojrzałych pomidorów z przeszłości – ci, którzy pamiętają wiedzą co mam na myśli) i my to akceptujemy zadowalając się gdy coś jest „wystarczająco dobre”.
  • I wreszcie – mamy coraz bardziej zaawansowane technologie, które są rozumiane przez coraz bardziej wyspecjalizowane grupy, a równolegle zapominamy podstawową wiedzę techniczną. Ilu nastolatków wie jak wymienić dętkę w rowerze?

W pogoni za komfortem i rozwojem wpadliśmy w samozadowolenie i dekadencję.
Czy taki rozwój nowych technologii faktycznie nam służy? Gdy w rozmowach z przyjaciółmi mówię, że coś z tych smartfonów, aplikacji, itd. nie jest dla nas dobre słyszę „takie czasy”, z domieszką rezygnacji. To kto rządzi tym postępem?
Zakończę podobnie jak Forster – człowiek próbuje ubrać się w szaty z rozwoju i technologii nie rozumiejąc, że nie na tym polega jego istota, to nie jest część naszej podróży w życiu. Grzeszymy przeciwko naturze „na zewnątrz” jaki i naszej własnej ludzkiej naturze.

Opowiadanie jest dostępne w angielskiej wersji oryginalnej legalnie w wielu miejscach w sieci. Po polsku w antologii „Droga do science – fiction. Od Wellesa do Heinleina.”

Jedna z pierwszych, bardziej znanych książek o simple life z 1981, której drugie wydanie, dopasowane do obecnej rzeczywistości ukazało się w 2010.

Dwa główne przekazy książki to to, że simple life, simplicity to nie asceza ani wyrzekanie się, oraz że to nie powrót do przeszłości. Wręcz przeciwnie – simple life to bezkompromisowe skupienie się na tym, na czym nam zależy. Jeśli rezygnowanie, to tylko z rzeczy małowartościowych, o kiepskiej jakości. Simple life to życie wybredne, Elgin nazywa to wyszukaną prostotą. Nie jest to również odcinanie się od rozwoju technologicznego, przeprowadzka na pustkowie i mielenie mąki na żarnach. Jeśli ktoś sobie życzy tak też można. Ale to nie istota tego sposobu życia. Prostota to zintegrowanie osiągnięć, odrzucenie zachowań destrukcyjnych i wspięcie się na kolejny stopień w rozwoju społecznym i indywidualnym człowieka zapewniającym większą satysfakcję. To nie odwrócenie rozwoju lecz osiągnięcie formy bardziej rozwiniętej.

Potwierdzeniem że nasza zbiorowa świadomość zaczyna to dostrzegać jest np. opis
autora, jak zmienił się sposób przedstawiania go przed publicznymi odczytami –
w 1977 nazwano go renegatem MBA, a w 2005 zielonym MBA z podtekstem bycia
w awangardzie. Także istnienie tej i wielu innych stron opisujących slow life, simplicity, minimalizm, itd. potwierdza zmianę świadomości a książka dostarcza wielu innych dowodów. Podobnie widzi to Ken Wilber, który proces rozwoju ludzkości bardziej szczegółowo opisał np. w „Krótkiej Historii Wszystkiego”. I jeden i drugi autor podkreślają że wspięcie się na kolejny etap społecznej i duchowej ewolucji jest niezbędne jeśli chcemy przetrwać i zatrzymać katastrofalne zmiany planety.

Książka daje trochę wskazówek co możemy zmienić w naszych indywidualnym postrzeganiu i procesach mentalnych oraz w zachowaniach społecznych i instytucjach. To co ułatwia simple life na poziomie indywidualnym to przede wszystkim poznanie siebie. Jeśli czuję różnicę między tym na czym mi zależy bo to wynika z mojej natury, a potrzebami stworzonymi przez świat zewnętrzny – reklamy, dopasowywanie się do stylu życia, chęci przynależności do grupy, itd., to z tych drugich potrzeb nie muszę rezygnować bo mi na nich nie będzie zależeć. Będę dalej robić zakupy ale dla funkcjonalności kupowanych rzeczy a nie by się przez nie wyrazić lub zaspokoić jakieś inne emocje.

Słabszy fragment książki to gdy Elgin opisuje sposób dojścia do tego kolejnego, wyższego etapu rozwoju na poziomie społeczeństw. To niestety jest utopia niebiorąca pod uwagę różnorodności ludzkich charakterów, stopni rozwoju społeczeństw, potęgi obecnych rozwiązań systemowych, opisana stylem, który może nużyć. Chociaż spełnienie tej utopi byłoby miłe. I chociaż w książce są fragmenty, przy których kręci się głową myśląc „no niezupełnie tak”, to jej zdecydowana większość wywołuje raczej potakiwanie i powtarzanie „dokładnie tak właśnie czuję”.

Tezy postawione w tej książce mogą być obrazoburcze. W skrócie – współczesny nadmiar wyboru tylko pozornie zwiększa wolność, możliwość wyrażenia siebie i odczuwania szczęścia. W rzeczywistości powoduje złe decyzje, zmniejsza satysfakcję i zwiększa frustrację. Przymus wybierania z coraz większej liczby opcji w coraz liczniejszych dziedzinach życia przynosi więcej cierpienia niż jesteśmy tego świadomi. Prostota jest drogą do szczęścia. I są to wnioski poparte solidnymi badaniami i przekonywującymi przykładami.

Na coraz więcej mamy wpływ. Kultura konsumencka usuwa ograniczające bariery i w efekcie wiele wyborów, kiedyś tylko teoretycznych, stało się realnymi. Niby dobrze ale proces podejmowanie decyzji jest czasochłonny i to nie tylko gdy potrzebujemy wiedzy specjalistycznej – np. jakie ubezpieczenia wybrać, jak oszczędzać na emeryturę, itd. Dodatkowo nasze psychologiczne uwarunkowania powodują że dokonywanie optymalnych, racjonalnych wyborów to często tylko złudzenie (więcej w np. Kahneman).

Zapomina się że podejmowanie decyzji niesie z sobą psychologiczne skutki. Wolność wyboru wiąże się z przymusem decydowania i akceptowania konsekwencji. Im większy wybór, tym więcej korzyści alternatywnych tracimy. Dlatego wraz z dokonaniem wyboru wielu z nas odczuwa stratę, czego nie lubimy. Czujemy się niezdecydowani, zmuszeni do decyzji.

Mając wiele opcji w zasadzie powinniśmy dokonywać satysfakcjonujących wyborów. Tylko że z ich wzrostem rosną również, coraz bardziej trudne do zaspokojenia, oczekiwania. Jest jeszcze problem hedonistycznej adaptacji. Przez przyzwyczajenie lub zmianę punktu odniesienia, przyjemności codziennego życia stają się banalne. Wraz ze wzrostem konsumpcji wzrasta adaptacja i nieuchronne rozczarowanie spowodowane nasyceniem.

Jeśli za większe możliwości wyboru ponosimy większe koszty w postaci czasu, wysiłku mentalnego i emocji, a efektem, na skutek adaptacji i wciąż zawyżanych oczekiwań, cieszymy się krótko, to może nie warto mieć tyle możliwości? Poprzez kontrolę oczekiwań i świadomą prostotę możemy polepszyć nasze życie bardziej niż w jakikolwiek inny sposób. Droga do odzyskania części spokoju, wolności i radości z życia prowadzi przez samoograniczenie, nierealizowanie wszystkich dostępnych wyborów. To nie jest ćwiczenie w ascezie, w odmawianiu sobie, lecz sposób na to by jeszcze coś nas w życiu cieszyło. Świetne wino na co dzień przestaje tak smakować jak pite przy specjalnych okazjach. Więc jeśli nam spowszedniało to równie dobrze możemy z tego wina w ogóle zrezygnować.

Ponowne znajdywanie zadowolenia to również brak porównywania i zadowalanie się opcją wystarczająco dobrą a nie najlepszą. Ale żeby poznać co jest dość dobre trzeba poznać siebie, na czym nam zależy, co naprawdę nadaje życiu sens oraz odróżnić to od tego co nam wmówiono. (Jeśli wydaje się nam że jest to związane z materialnym posiadaniem to nie jest to wynik samopoznania). Zadowolenie z opcji wystarczająco dobrej jest bliskie odczuwaniu wdzięczności za to co mamy, gdzie i kim jesteśmy. A wdzięczność, jak nieustannie podkreślają psychologowie, jest niezbędna do odczuwania szczęścia.

Wszystko w życiu jest wyborem i zawsze mamy alternatywy. Pierwszym naszym wyborem jest to że będziemy wybierać. „Właściwy wybór to kiedy będziemy iść po ścieżkach wytyczonych, a kiedy samodzielnie wybierać ścieżki”. Gdy chcemy, lub jesteśmy zmuszeni do ciągłego decydowania trudno znaleźć czas na rzeczy naprawdę istotne. Jak pisze autor – prawdziwym wyzwaniem jest robienie właściwych rzeczy w interakcjach społecznych. A „nasze wysiłki by wybrać najlepszy samochód będą przeszkadzać naszemu pragnieniu, aby być dobrym przyjacielem”.

Tłumaczenie tytułu książki jest mało trafione (Disrupted. My Misadventure in the Start-Up Bubble). Bo chociaż kulturze korporacyjnej też się dostaje, to książkę warto przeczytać przede wszystkim dla opisu technologicznych start-upów i działania funduszy venture capital. Istotna uwaga – książka nie jest napisana przez przeciwnika postępu i technologii. Dan Lyons od wielu lat opisuje rozwój techniczny i przed pracą w start-upie był dziennikarzem technologicznym Newsweeka.

Z oddalenia wydaje się, że spektakularne wejścia na giełdę spółek opartych o nowe technologie, to wynik ludzkiej kreatywności, zaawansowania nauki i techniki w połączeniu z innowacyjnością, a także ciężką pracą wspartą odrobiną szczęścia. Tymczasem patrząc na e-gospodarkę od wewnątrz okazuje się że częściowo to teatr pozorów. Dużo większa część tego sektora niż podejrzewamy nie ma produktów tak dobrych, innowacyjnych czy przydatnych jak sama twierdzi. Te firmy nie są też takimi świetnymi miejscami do pracy, ani nie zatrudniają samych geniuszy. Przez wiele lat z rzędu nie przynoszą dochodów i istnieją tylko dzięki kolejnym
dofinansowaniom poprzez sprzedaż udziałów, mając nadzieję na wysokie wejście na
giełdę. Dlatego tak ważne jest sprawianie dobrego wrażenia dzięki któremu można
liczyć na wysoki kurs akcji podczas giełdowego debiutu. Trzeba postarać się być postrzeganym przez inwestorów jak drugi Google czy Facebook a praca nad własnym produktem jest mniej istotna. To jest piramida finansowa, tylko że legalna. Żyjemy w świecie pozorów, dotyczy to również, a może zwłaszcza świata biznesu.

Co do wątku korporacyjnego to w książce trafnie uchwycony jest brain-washing prowadzący do kultu firmy: nie pracuję tylko dla pieniędzy, jestem częścią świetnej organizacji, nasze produkty zbawiają świat! Typowa retoryka korporacyjna. Millenialsi podobno chcą pracować dla misji, więc to kupują Jeśli jednak firma w rzeczywistości nie jest podporą istnienia całego Wszechświata, to nie szkodzi, wystarczy wciąż o tym opowiadać, uczynić częścią „DNA-firmy” by przynajmniej część pracowników została wyznawcami. A ponieważ innym pokoleniom też pracuje się lepiej dla szlachetnych celów, więc cześć też to kupi. A sceptycy nie komentują bo wiedzą że zakwestionowanie zbawczej roli firmy jest grzechem ciężkim. W rzeczywistości chodzi o zwiększenie sprzedaży nie zawsze potrzebnych produktów, by główni udziałowcy zarobili jeszcze więcej milionów. Skróty w korpomowie wyśmiewane w książce, czy kalki z angielskiego to nie problem, często są niezbędne do komunikacji. Za to problemem jest to, że przez firmowy żargon narzuca się nadoptymistyczne i zgodne z kulturą korporacyjną widzenia świata. To nie tylko znane – nie ma problemów są tylko wyzwania. W książce są lepsze – nie nękanie mailami czy telefonami tylko pozyskiwanie, nie spam tylko sympatyczna treść marketingowa.

Korporacje, i ta z książki (zresztą prawdziwa) i wiele innych, narzucają pracownikom własną rzeczywistość. Dekalogiem jest kodeks firmy (jakkolwiek on się nazywa), normy społeczne to kultura korporacyjna. Wydarzenia zewnętrznego świata nabierają znaczenia tylko gdy mają wpływ na firmę. Pamiętam mój lunch w pracy w dniu zamachów terrorystycznych w Madrycie w 2004. Nikt o tym nie rozmawiał, byliśmy zbyt zajęci omawianiem projektów, nad którymi pracowaliśmy.

Reguły ekonomiczne dopuszczające takie sytuacje nie nam służą Z pewnością garstce, która się wzbogaci ale nie społeczeństwom. Świat wartości biznesowych, które nie istnieją prędzej czy później się załamie. Zapłacą jak zwykle nie ci, którzy są winni. Te reguły psują gospodarkę, która zapełnia się zamkami na piasku, kiepskimi produktami, ludźmi z doświadczeniem zdobytym w słabo zarządzanych firmach. Utrudniają dostęp do kapitału tym, którzy chcą rozwijać firmy i produkty w mniej spektakularny ale zdrowszy sposób. A dodatkowo wzmacniają materializm czy wręcz chciwości, marnując ludzkie wysiłki i entuzjazm na tworzenie iluzji. Nie traktujmy systemu ekonomicznego w którym funkcjonujemy jak świętej krowy.

By posłuchać więcej od Dana Lyonsa na temat Doliny Krzemowej, świata startupów, funduszy VC oraz rzekomo genialnych młodych milionerów – przedsiębiorców nowych technologii, posłuchajcie jego rozmowy z Tomem Hodgkinsonem z Idlera. Rozmowa po angielsku.