Strona używa ciasteczek (cookies). Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Czytaj więcej


Veronique Vienne: The Art of Doing Nothing

Michał Cichy: Zawsze jest dzisiaj

Nathanael Johnson: Sekrety roślin i zwierząt w podmiejskiej dżungli

Cisza

Tłumacząc na polski książka nazywa się „Sztuka nicnierobienia”. Ale to nie jest książka o byciu nieaktywnym. Chyba że za aktywność rozumiemy jedynie słuszne w naszej przeorganizowanej rzeczywistości czynności zakończone osiągnięciem czegoś, takie jak: zakupy, wymiana opon na zimowe, zawiezienie dziecka na trening, zarezerwowanie wakacji, itp. W ten sposób sprowadzamy nasze życie do wypełniania zadań a dni mijają nie zostawiając po sobie zapamiętanych wrażeń.

The Art of Doing Nothing przypomina jak powrócić do świadomego przeżywania życia i odczuwania przyjemności. Cały trick polega na choć chwilowym zatrzymaniu się i użyciu zmysłów i umysłu by poczuć co właśnie w tym momencie się dzieje. Książka dostarcza 10 takich przykładowych źródeł spokoju ducha pozwalających, czy raczej wymagających kultywowania uważności, a przy okazji odprężających, wprowadzających harmonię do życia. Większość z nich wykonujemy na co dzień, ale przeważnie w sposób automatyczny, bezrefleksyjnie. Na przykład oddychanie, które jeśli jest świadome zbliża nas do medytacji. Ziewanie oraz drzemka. Prokastrynacja,
dzięki której możemy dać odpocząć naszej woli ciągle popychającej do działania,
uwolnić się od demona efektywności i przestać być maszyną. Świadome czekanie,
dzięki któremu budujemy swoje wspomnienia. Moje ulubione to smakowanie, które jest
„jednym z najbardziej przyjemnych sposobów stymulowania myśli”. Rozdział o smakowaniu zawiera dodatkowy bonus – wskazówki sommeliera jak pić i pozostać trzeźwym.

Istnieje sprzężenie zwrotne pomiędzy świadomością chwili a jakością odczuwanej z tej chwili przyjemności. Zagubieni myślami w przyszłych czynnościach lub rozważając przeszłe wydarzenia, nie skupiamy się na przyjemności a więc jej tak naprawdę nie odczuwamy. Myślę, że gdy w pełni odczuwamy z czegoś przyjemność to zwiększa to z kolei naszą koncentrację na momencie.

Ale tu nie chodzi tylko o przyjemne doznania. Nasze mózgi potrzebują lenistwa by poukładać zdobyte informacje i przygotować je do późniejszego wykorzystania. I chyba najważniejsze – to właśnie wtedy gdy wydobywamy się z codziennego zapętlenia świat i bieg wydarzeń zwalnia a my odzyskujemy poczucie siebie, swojej psychiki i swojego ciała. To te momenty, których jesteśmy w pełni świadomi, budują nasze życie.

Książka jest bardzo dobrym przykładem slow-reading. Nie ma absolutnie żadnej fabuły, składa się z jedno-, dwustronicowych opisów życia miasta. Przy czym miasto to przeważnie ta część umykająca naszej uwadze – chodniki, nieużytki, miejska przyroda, zjawiska atmosferyczne, itp. Ludzie pojawiają się rzadziej. A jednak dzieje się mnóstwo – pająki zjadają swoje ofiary, spadłe liście pachną lub szeleszczą, promienie słoneczne odbijają się od budynków lub chmur.

Taaaak… nie brzmi to ekscytująco. Ale czytanie wywiera większy efekt niż książki akcji, a przynajmniej bardziej uspokajający. I wyostrza spojrzenie, skupia uwagę, wzmacnia koncentrację. Podczas lektury przypomniał mi się Paterson Jarmuscha, gdzie też niby nic się nie dzieje a jednak film napakowany zdarzeniami.

Dobrze jest przeczytać kilka, kilkanaście stron naraz. Wtedy umysł stopniowo przestaje analizować przeszłe wydarzenia i planować przyszłe poddając się narzuconemu, naturalnemu tempu. Dlatego książka mogłaby też nazywać się

„Zawsze jest teraz”. Czas zwalnia, płynie bardziej jednostajnie i leniwie, a czytane opisy zaczynają fascynować. I wzrasta świadomość, że to właśnie te drobne, niezauważalne wydarzenia są rzeczywistością bardziej niż świat newsów, planowania, pracy, gdy umysł oddzielony jest od Teraz.

Jest to też trochę książka o przemijaniu, ale nie tym dramatycznym, depresyjnym. Tu raczej chodzi o zmianę, przywołanie spostrzeżenia, że po lecie jest jesień, po dniu noc, po zniszczeniu i zaniedbaniu odnawianie. I z powrotem.

Coś dobrego się dzieje podczas czytania. Jest to terapia przeciwko pośpiechowi i spowodowanemu nim napięciu oraz niecierpliwości.

Żyj wolniej mówią, uważniej, bądź tu i teraz. Ale jak to osiągnąć jeśli od dłuższego czasu i przez większą część doby nasz umysł doskonali się w planowaniu, eliminowaniu każdego nieefektywnego momentu, wielozadaniowości oraz przeskakiwaniu z tematu na temat. Efektów tego treningu nie da się pozbyć samą siłą woli. Mięsień nicnierobienia, a zwłaszcza mięsień bycia świadomym chwili u większości z nas jest w stanie atrofii i na powrót należy go wytrenować. „Sekrety roślin i zwierząt w podmiejskiej dżungli” to podręcznik ćwiczeń do tego celu.

Zgodnie z tytułem książka opisuje wybrane gatunki obecne w miastach i podaje nieznane ciekawostki z ich życia i koegzystencji z człowiekiem. Dlatego będzie ciekawsza dla tych, którzy już na wejściu lubią i są zaciekawieni naturą. Ale jest duża szansa że również Ci, których natura nudzi, odkryją choćby minimalne zainteresowanie pozwalające ją obserwować. „W chwili gdy ludzie zaczynają dostrzegać jakiś element przyrody, znajdujemy powód aby to kochać”.

Oczywiście każdy opisany gatunek zaciekawia. Wiewiórki na torze przeszkód
rozbawiają, pochodzenie miłorzębów budzi szacunek, inteligencja kolonii mrówek
zastanawia. Dla mnie prawdziwym „aha momentem” był rozdział o wronach.
Najlepsze jednak w tej książce jest to, że nie ogranicza się tylko do podawania informacji. Sam autor początkowo niewiele wie o wybranym gatunku i opisuje krok po kroku proces obserwacji i poszerzania własnej wiedzy. Dzięki temu poznajemy jego metodę na to jak zwolnić, obserwować i poznawać. „Celem książki (…) jest przekonanie ludzi (…) do zwolnienia tempa na tyle, aby móc dostrzec otaczające nas cuda.” Książka zaciekawia i pokazuje jak zacząć te cuda obserwować. Ostatecznie jednak – „aby dostrzec to co niewidoczne trzeba się napracować.” Nagrodą jest uspokojony umysł.

Cisza to nowy luksus. Książka o różnych momentach w życiu gdy cisza jest niezbędna, gdy sobie o niej przypominamy i gdy ją przeżywamy. Chodzi tu oczywiście o ciszę zewnętrzną, akustyczną, ale jest ona tylko wstępem do tej ważniejszej ciszy wewnętrznej. Czytając uświadamiamy sobie jak niewiele takich momentów mamy, jak nasze życie i nasze przeżycia są zagłuszane przez codzienny hałas akustyczny i mentalny. W efekcie zaczynamy do niej tęsknić a książka pomaga ją na powrót dostrzec i przeżyć. A warto, bo cisza zwraca nam ostrość postrzegania i odczuwania. Dzięki niej możemy odzyskać część naszego czasu i polepszyć własne życie.

Książka małego formatu z dwu-, trzy-stronicowymi rozdziałami, o idealnej długości na przeczytanie podczas krótkiej przerwy dla siebie a następnie zainspirowanej lekturą chwili szukania ciszy w sobie.