Strona używa ciasteczek (cookies). Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Czytaj więcej


James Wallman: Rzeczozmęczenie. Jak żyć pełniej posiadając mniej.

Minimalizm: Dokument o rzeczach ważnych

Duane Elgin: Voluntary Simplicity

Barry Schwartz: Paradoks Wyboru. Dlaczego więcej oznacza mniej.

Rachunek

Jeśli chcecie przeczytać o minimalizmie coś więcej niż kolejny poradnik jak pozbyć się gratów z mieszkania i nienoszonych ubrań z szaf to sięgnijcie po tę książkę. James Wallman analizuje nasze uwarunkowania psychologiczne i wpływ systemu ekonomiczno-socjalnego, przez który wpadliśmy w pułapkę konsumpcji. Analiza stanu obecnego i jego przyczyn jest trafna. Natomiast, jak każdy analityk trendów, Wallman prognozuje przyszłość, próbując ja zamknąć w komercyjnych rozwiązaniach proponowanych klientom jako przyszłe strategie. I przez to za bardzo upraszcza.

Minimalizm istnieje jako odreagowanie materializmu – szukania tożsamości, statusu, poczucia sensu i szczęścia w dobrach materialnych. Gdy po raz pierwszy w swojej historii, w XX wieku ludzie spotkali się z problemem nadprodukcji, postanowiono go rozwiązać zachęcając do konsumpcjonizmu. Daliśmy się przekonać do kupowania nowych przedmiotów nie z potrzeby, bo poprzednie się zniszczyły, ale ponieważ przestały być nowością lub zmieniła się moda. (Obecnie wymieniamy sprzęty, bo faktycznie szybko się psują. I chociaż jest to część systemu konsumpcyjnego, to już jednak inna historia). Może byśmy się na to nie zgodzili, gdyby nie to, że konsumpcjonizm opiera się na zachowaniach wynikających z naszej zwierzęcej natury. Chcemy dorównać innym, bo kto odstaje od grupy, ten może nie przetrwać. Kupujemy ostentacyjne, bo to zaznaczanie statusu, odpowiednik „stroszenia piór, potrząsania grzywami i małpiego wycia”. Ale ludzka psychologia decyduje także o tym, że konsumpcja nie może nasz uszczęśliwić. Wallman słusznie zwraca uwagę na prawo malejącej użyteczności krańcowej, efekt kontrastu, adaptację hedonistyczną itd. (zobacz Barry Schwartz: Paradoks Wyboru. Dlaczego więcej oznacza mniej). Brak oryginalności przedmiotów masowej produkcji przyspiesza znudzenie. Traktując dobra materialne jako oznaki statusu, nie potrafimy przestać się porównywać i zapomnieć o możliwości spadnięcia w hierarchii społecznej. Jeśli lepiej jest posiadać więcej, to znaczy, że NIGDY nie będziemy mieć wystarczająco dużo, by osiągnąć satysfakcję bo zawsze można mieć jeszcze więcej.

Słusznie Wallman zauważa, że obecny trend minimalizmu, chociaż pomaga osiągnąć szczęście wielu osobom, często przeradza się w zwykłą grę w status. Tylko w tym przypadku ta pogoń uwidacznia się w osiągnięciu, zamiast jak największej, to jak najmniejszej liczby rzeczy posiadanych. Jest to zamiana „ostentacyjnego konsumpcjonizmu” na „ostentacyjny antykonsumpcjonizm”. Dzieje się tak, jeśli minimalizm jest celem samym w sobie. Tymczasem minimalizm to nie filozofia a środek do celu. Celem jest dobre życie. Nieważne ile rzeczy posiadam. Ważne, żeby ich kupowanie i posiadanie mnie nie obciążało, nie zagracało mi nie tylko mieszkania, ale całego życia, dodawało mu jakości (zobacz też Minimalizm: Dokument o rzeczach ważnych).

Zdaniem Wallmana jakość osiągniemy przez zamienienie chęci posiadania na chęć przeżywania. Nazywa to eksperientalizmem – poszukiwanie sensu, szczęścia i własnej tożsamości poprzez doświadczenia. Doświadczenia dają nam więcej szczęścia niż dobra materialne, bo łatwiej poddać je pozytywnej reinterpretacji, są mniej podatne na adaptację hedonistyczną, trudniej je porównać, częściej postrzegamy je jako część naszej tożsamości.

To wszystko prawda. Mój problem z jego analizą i wnioskami pojawia się, gdy włącza media społecznościowe jako niezbędną część eksperientalizmu, by móc informować o swoich doświadczeniach, czyli o swoim statusie w nowym systemie wartości. Przyznaje wprawdzie, że prowadzi to do nowej rywalizacji i pokazywania zainscenizowanego życia, a to z kolei jest nowych powodem do lęków o status. Uważa jednak, że nawet jeśli robimy coś, by móc się tym później pochwalić, to i tak przyniesie to nam więcej korzyści niż strat.

Nie jestem taka pewna. Wątpię, czy potrafimy wystarczająco skupić się na przeżywaniu, jeśli choćby częścią motywacji do działania jest, by się tym przeżyciem później chwalić. Czy na pewno będę wybierać doświadczenia, które są zgodne ze mną, a nie podświadomie takie, o których dobrze będzie później opowiadać? Ludzie już zaczynają dostrzegać negatywny wpływ życia na pokaz i ciągłych porównań wywołanych przez media społecznościowe. Dodatkową korzyścią z eksperientalizmu ma być mniejsze obciążenie środowiska dzięki mniejszej produkcji dóbr. Tu Wallman już zupełnie ignoruje negatywny wpływ turystyki na ekosystemy.

Pomimo że zasadniczo zgadzam się z Wallmanem, że przeżywanie jest o wiele lepsze od posiadania, to wierzę, że szukając własnego szczęścia nie powinniśmy sięgać po to, co ma być nowym trendem, czyli na zewnątrz nas, tylko po to, co jest najbardziej z nami zgodne, czyli szukać wewnątrz nas, niezależnie od trendów.

Na osobach niesiedzących w temacie, minimalizm może stwarzać wrażenie sekty próbującej udowadniać, że da się żyć, posiadając tylko laptop, komórkę i szczoteczkę do zębów. Jakby to były zawody kto przeżyje, posiadając mniej. Film D’Avelli trochę to prostuje, podkreślając, że minimalizm to nie wyrzeczenie, ale życie bardziej celowe, zawierające więcej wartości. Redukowanie nie tylko liczby rzeczy materialnych, ale również elementów stylu życia, które rozpraszają, zabierają czas i energię. Minimalista woli je przeznaczyć na rzeczy istotne, takie jak związki międzyludzkie, angażowanie się i wspieranie wartościowych inicjatyw, rozwój, satysfakcję z każdego momentu codziennego życia. Gdy mówimy o minimalizmie, powinniśmy się skupiać na tym, czego nam przybywa, tj. więcej rzeczy dodających życiu wartości, czyniących nas szczęśliwymi, a nie na tym, czego się pozbywamy. Stąd tytuł – „Dokument o rzeczach ważnych”.

Pomimo tego, film przekona przekonanych. Tych, którzy tematu nie czują, raczej nie. Pokazane konwersje na minimalizm dotyczą życia, od którego wielu raczej nie będzie uciekać, nie tylko w Polsce. Nawet za cenę szczęścia. Film z jednej strony podkreśla, że minimalizm to nie radykalny styl życia, ale wybór jakości nad ilością. Jednak postaci z filmu są dosyć radykalne w swoich wyborach i podjętych życiowych decyzjach. Dobrze byłoby zobaczyć mniej spektakularne przykłady takich przeciętnych minimalistów, którzy żyją wg „nie za dużo, nie za mało, ale wystarczająco”. Bo to „wystarczająco” wydaje mi się, wymaga największej samoświadomości. Prosta redukcja posiadania jest bezmyślna, jest przyjmowaniem kolejnego stylu, skupianiem się nie na tym, co jest ważne. Nawet jeśli zredukowanie bałaganu na zewnątrz i wewnątrz nas, niezależnie od motywacji, raczej nam dobrze zrobi.
Im więcej posiadamy, tym bardziej jesteśmy uwięzieni przez zagracone życie. A co jeśli nie czujemy się zniewoleni? Ktoś, kto jeszcze jakoś funkcjonuje w przepełnionym życiu i daje radę zaczerpnąć oddech w ciągu dnia, zapada w rutynę, w którą nas wtłoczyła kultura, przemysł dóbr zbywalnych i reklamy i rzadko myśli o zmianach. W chwilach kryzysu, w chwilach natłoku i gorączki brakującego czasu, widzimy ostrzej i jest większa szansa, że poczujemy tęsknotę do życia bardziej wybrednego, z którego powyrzucamy to, co je zagraca. Film trochę też za mało przekonująco pokazuje te chwile kryzysu.
Podejmowanie wyborów, życie wg własnego skryptu – to nie jest prosta droga. Tylko mniejszość się na nią decyduje, Większość idzie na łatwiznę, przyjmując gotowe rozwiązania podsuwane przez reklamy. Dlatego nie ma szans, by ten ambitny styl życia wszedł do mainstreamu. To zbyt trudne. I tu jest paradoks – z jednej strony przez minimalizm można osiągnąć prostsze życia, ale z drugiej wymaga wysiłku, by poznać siebie, zrozumieć co naprawdę jest istotne.
Aktywni minimaliści lub tylko minimalizmowi kibicujący, będą mieć przyjemność z oglądania. Ambiwalentnie nastawieni być może dostrzegą paralelę do własnego życia i film stanie się kroplą drążącą skałę.
Film dostępny tutaj w wersji oryginalnej.

Jedna z pierwszych, bardziej znanych książek o simple life z 1981, której drugie wydanie, dopasowane do obecnej rzeczywistości ukazało się w 2010.

Dwa główne przekazy książki to to, że simple life, simplicity to nie asceza ani wyrzekanie się, oraz że to nie powrót do przeszłości. Wręcz przeciwnie – simple life to bezkompromisowe skupienie się na tym, na czym nam zależy. Jeśli rezygnowanie, to tylko z rzeczy małowartościowych, o kiepskiej jakości. Simple life to życie wybredne, Elgin nazywa to wyszukaną prostotą. Nie jest to również odcinanie się od rozwoju technologicznego, przeprowadzka na pustkowie i mielenie mąki na żarnach. Jeśli ktoś sobie życzy tak też można. Ale to nie istota tego sposobu życia. Prostota to zintegrowanie osiągnięć, odrzucenie zachowań destrukcyjnych i wspięcie się na kolejny stopień w rozwoju społecznym i indywidualnym człowieka zapewniającym większą satysfakcję. To nie odwrócenie rozwoju lecz osiągnięcie formy bardziej rozwiniętej.

Potwierdzeniem że nasza zbiorowa świadomość zaczyna to dostrzegać jest np. opis
autora, jak zmienił się sposób przedstawiania go przed publicznymi odczytami –
w 1977 nazwano go renegatem MBA, a w 2005 zielonym MBA z podtekstem bycia
w awangardzie. Także istnienie tej i wielu innych stron opisujących slow life, simplicity, minimalizm, itd. potwierdza zmianę świadomości a książka dostarcza wielu innych dowodów. Podobnie widzi to Ken Wilber, który proces rozwoju ludzkości bardziej szczegółowo opisał np. w „Krótkiej Historii Wszystkiego”. I jeden i drugi autor podkreślają że wspięcie się na kolejny etap społecznej i duchowej ewolucji jest niezbędne jeśli chcemy przetrwać i zatrzymać katastrofalne zmiany planety.

Książka daje trochę wskazówek co możemy zmienić w naszych indywidualnym postrzeganiu i procesach mentalnych oraz w zachowaniach społecznych i instytucjach. To co ułatwia simple life na poziomie indywidualnym to przede wszystkim poznanie siebie. Jeśli czuję różnicę między tym na czym mi zależy bo to wynika z mojej natury, a potrzebami stworzonymi przez świat zewnętrzny – reklamy, dopasowywanie się do stylu życia, chęci przynależności do grupy, itd., to z tych drugich potrzeb nie muszę rezygnować bo mi na nich nie będzie zależeć. Będę dalej robić zakupy ale dla funkcjonalności kupowanych rzeczy a nie by się przez nie wyrazić lub zaspokoić jakieś inne emocje.

Słabszy fragment książki to gdy Elgin opisuje sposób dojścia do tego kolejnego, wyższego etapu rozwoju na poziomie społeczeństw. To niestety jest utopia niebiorąca pod uwagę różnorodności ludzkich charakterów, stopni rozwoju społeczeństw, potęgi obecnych rozwiązań systemowych, opisana stylem, który może nużyć. Chociaż spełnienie tej utopi byłoby miłe. I chociaż w książce są fragmenty, przy których kręci się głową myśląc „no niezupełnie tak”, to jej zdecydowana większość wywołuje raczej potakiwanie i powtarzanie „dokładnie tak właśnie czuję”.

Tezy postawione w tej książce mogą być obrazoburcze. W skrócie – współczesny nadmiar wyboru tylko pozornie zwiększa wolność, możliwość wyrażenia siebie i odczuwania szczęścia. W rzeczywistości powoduje złe decyzje, zmniejsza satysfakcję i zwiększa frustrację. Przymus wybierania z coraz większej liczby opcji w coraz liczniejszych dziedzinach życia przynosi więcej cierpienia niż jesteśmy tego świadomi. Prostota jest drogą do szczęścia. I są to wnioski poparte solidnymi badaniami i przekonywującymi przykładami.

Na coraz więcej mamy wpływ. Kultura konsumencka usuwa ograniczające bariery i w efekcie wiele wyborów, kiedyś tylko teoretycznych, stało się realnymi. Niby dobrze ale proces podejmowanie decyzji jest czasochłonny i to nie tylko gdy potrzebujemy wiedzy specjalistycznej – np. jakie ubezpieczenia wybrać, jak oszczędzać na emeryturę, itd. Dodatkowo nasze psychologiczne uwarunkowania powodują że dokonywanie optymalnych, racjonalnych wyborów to często tylko złudzenie (więcej w np. Kahneman).

Zapomina się że podejmowanie decyzji niesie z sobą psychologiczne skutki. Wolność wyboru wiąże się z przymusem decydowania i akceptowania konsekwencji. Im większy wybór, tym więcej korzyści alternatywnych tracimy. Dlatego wraz z dokonaniem wyboru wielu z nas odczuwa stratę, czego nie lubimy. Czujemy się niezdecydowani, zmuszeni do decyzji.

Mając wiele opcji w zasadzie powinniśmy dokonywać satysfakcjonujących wyborów. Tylko że z ich wzrostem rosną również, coraz bardziej trudne do zaspokojenia, oczekiwania. Jest jeszcze problem hedonistycznej adaptacji. Przez przyzwyczajenie lub zmianę punktu odniesienia, przyjemności codziennego życia stają się banalne. Wraz ze wzrostem konsumpcji wzrasta adaptacja i nieuchronne rozczarowanie spowodowane nasyceniem.

Jeśli za większe możliwości wyboru ponosimy większe koszty w postaci czasu, wysiłku mentalnego i emocji, a efektem, na skutek adaptacji i wciąż zawyżanych oczekiwań, cieszymy się krótko, to może nie warto mieć tyle możliwości? Poprzez kontrolę oczekiwań i świadomą prostotę możemy polepszyć nasze życie bardziej niż w jakikolwiek inny sposób. Droga do odzyskania części spokoju, wolności i radości z życia prowadzi przez samoograniczenie, nierealizowanie wszystkich dostępnych wyborów. To nie jest ćwiczenie w ascezie, w odmawianiu sobie, lecz sposób na to by jeszcze coś nas w życiu cieszyło. Świetne wino na co dzień przestaje tak smakować jak pite przy specjalnych okazjach. Więc jeśli nam spowszedniało to równie dobrze możemy z tego wina w ogóle zrezygnować.

Ponowne znajdywanie zadowolenia to również brak porównywania i zadowalanie się opcją wystarczająco dobrą a nie najlepszą. Ale żeby poznać co jest dość dobre trzeba poznać siebie, na czym nam zależy, co naprawdę nadaje życiu sens oraz odróżnić to od tego co nam wmówiono. (Jeśli wydaje się nam że jest to związane z materialnym posiadaniem to nie jest to wynik samopoznania). Zadowolenie z opcji wystarczająco dobrej jest bliskie odczuwaniu wdzięczności za to co mamy, gdzie i kim jesteśmy. A wdzięczność, jak nieustannie podkreślają psychologowie, jest niezbędna do odczuwania szczęścia.

Wszystko w życiu jest wyborem i zawsze mamy alternatywy. Pierwszym naszym wyborem jest to że będziemy wybierać. „Właściwy wybór to kiedy będziemy iść po ścieżkach wytyczonych, a kiedy samodzielnie wybierać ścieżki”. Gdy chcemy, lub jesteśmy zmuszeni do ciągłego decydowania trudno znaleźć czas na rzeczy naprawdę istotne. Jak pisze autor – prawdziwym wyzwaniem jest robienie właściwych rzeczy w interakcjach społecznych. A „nasze wysiłki by wybrać najlepszy samochód będą przeszkadzać naszemu pragnieniu, aby być dobrym przyjacielem”.

Niektórzy rozpoczynając czytanie tej książki czują się zdołowani życiem głównego bohatera. No cóż, obiektywnie oceniając to jest bardzo przeciętna, monotonna egzystencja. On nic nie osiągnął, nigdzie nie był, w zasadzie nic ciekawego nie przeżył. Nawet gdyby miał konto na fejsie to i tak nie miałby nic do wrzucenia pokazującego że właśnie robi coś ekscytującego, fajnego, atrakcyjnego.

I to jest właśnie cała istota książki – tylko z naszego przebodźcowanego punkty widzenia jego życie jest dołujące. W rzeczywistości facet przeżywa dużo więcej niż my na najbardziej egzotycznych wakacjach. Ma wysublimowaną umiejętność dostrzegania rzeczy wartościowych i przyjemnych we wszystkich momentach dnia oraz cieszenia się nimi. Dzięki temu chodzi przepełniony szczęściem i zadowoleniem. Każdy moment pozornie szarej rzeczywistości jest dla niego pełen pozytywnych i bogatych doznań.

Większość z nas już się tego oduczyła prowadząc przeładowane życie, w którym
świadomość momentu zastąpiliśmy nieustannym planowaniem i działaniem.
(Obawiam się, że niewypuszczające smartfona z ręki dzieci nigdy się tego nie nauczą).
Nasze przebodźcowane zmysły nie rejestrują już drobnych smaczków dnia. Potrzebujemy dowalić sobie jakimś intensywniejszym wydarzeniem. W głębi serca nie wierzymy, że można być absolutnie szczęśliwym tak po prostu.

Bo tu nie chodzi jedynie o umiejętność dostrzegania i cieszenia się drobiazgami. Szczęście to nasza wewnętrzna reakcja zależna od nas a nie od czegoś na zewnątrz nas. Jak mówi jedna z postaci: „Nie ma czegoś takiego jak obiektywnie dobre zdarzenie, lub wyizolowane szczęśliwe wydarzenie.” Szczęście zależy od tego JAK przeżywamy, a nie co przeżywamy.

Sprawdź czy potrafisz – popatrzyć przez okno i poczuć, że w sumie to ten moment teraz, taki jaki jest, ze śniegiem lub deszczem, chmurami lub słońcem, jest w sumie w porządku i Ty w tym momencie też jesteś w porządku i całkiem … szczęśliwy.

Ci, którzy początkowo depresyjnie odbierali monotonne życie bohatera, z reguły na koniec książki zaczynają dostrzegać wartość jego sposobu przeżywania. Może się zdarzyć że w miarę czytania sami częściej zatrzymamy myśli by skupić się na aktualnych doznaniach. To jest idealna książka na krótkie przerwy w ciągu dnia – krótkie rozdziały, prosty język. Ale żeby ją dobrze poczuć warto czytać ją w spokoju i bez pośpiechu (jak wszystko).

Polecam również Patersona Jima Jarmuscha, o poezji w codzienności.