Strona używa ciasteczek (cookies). Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Czytaj więcej


Veronique Vienne: The Art of Doing Nothing

Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia.

Autopilot – sztuka i nauka bezczynności

Idler

International Institute of Not Doing Much

Tłumacząc na polski książka nazywa się „Sztuka nicnierobienia”. Ale to nie jest książka o byciu nieaktywnym. Chyba że za aktywność rozumiemy jedynie słuszne w naszej przeorganizowanej rzeczywistości czynności zakończone osiągnięciem czegoś, takie jak: zakupy, wymiana opon na zimowe, zawiezienie dziecka na trening, zarezerwowanie wakacji, itp. W ten sposób sprowadzamy nasze życie do wypełniania zadań a dni mijają nie zostawiając po sobie zapamiętanych wrażeń.

The Art of Doing Nothing przypomina jak powrócić do świadomego przeżywania życia i odczuwania przyjemności. Cały trick polega na choć chwilowym zatrzymaniu się i użyciu zmysłów i umysłu by poczuć co właśnie w tym momencie się dzieje. Książka dostarcza 10 takich przykładowych źródeł spokoju ducha pozwalających, czy raczej wymagających kultywowania uważności, a przy okazji odprężających, wprowadzających harmonię do życia. Większość z nich wykonujemy na co dzień, ale przeważnie w sposób automatyczny, bezrefleksyjnie. Na przykład oddychanie, które jeśli jest świadome zbliża nas do medytacji. Ziewanie oraz drzemka. Prokastrynacja,
dzięki której możemy dać odpocząć naszej woli ciągle popychającej do działania,
uwolnić się od demona efektywności i przestać być maszyną. Świadome czekanie,
dzięki któremu budujemy swoje wspomnienia. Moje ulubione to smakowanie, które jest
„jednym z najbardziej przyjemnych sposobów stymulowania myśli”. Rozdział o smakowaniu zawiera dodatkowy bonus – wskazówki sommeliera jak pić i pozostać trzeźwym.

Istnieje sprzężenie zwrotne pomiędzy świadomością chwili a jakością odczuwanej z tej chwili przyjemności. Zagubieni myślami w przyszłych czynnościach lub rozważając przeszłe wydarzenia, nie skupiamy się na przyjemności a więc jej tak naprawdę nie odczuwamy. Myślę, że gdy w pełni odczuwamy z czegoś przyjemność to zwiększa to z kolei naszą koncentrację na momencie.

Ale tu nie chodzi tylko o przyjemne doznania. Nasze mózgi potrzebują lenistwa by poukładać zdobyte informacje i przygotować je do późniejszego wykorzystania. I chyba najważniejsze – to właśnie wtedy gdy wydobywamy się z codziennego zapętlenia świat i bieg wydarzeń zwalnia a my odzyskujemy poczucie siebie, swojej psychiki i swojego ciała. To te momenty, których jesteśmy w pełni świadomi, budują nasze życie.

Pojawia się coraz więcej głosów odczarowujących intensywne życie i efektywne wykorzystywanie każdej chwili. Jeśli ktoś przeżywa właśnie zmęczenie takim życiem to ta książka jest antidotum na codzienną gonitwę. Ukazała się po polsku ale słowo w oryginalnym tytule (Muße) z jakiegoś powodu nie istnieje w naszym języku. Niemieckie Muße przetłumaczone jest jako leniuchowanie, a więc jako brak czynności. Muße, czy angielskie leisure to owszem, nicnierobienie ale połączone ze stanem odprężenia, zrelaksowania, bez odczuwalnych zewnętrznych przymusów, czas dla siebie, gdy można pomyśleć o niepraktycznych rzeczach, niemających nic wspólnego z planem dnia. A przecież nie jesteśmy historycznie i kulturowo obciążeni by nie posiadać słowa odpowiadającego temu stanowi. Praktykowaliśmy go kiedyś w stopniu nie odbiegającym zasadniczo od reszty kontynentu. Ale obecnie, podobnie jak większość Europy i duża część (chociaż nie cała) cywilizacji w ogóle, oduczyliśmy się przeżywać słodkie lenistwo połączone z relaksem.

Kilka definicji tego stanu pojawia się w tekście obok diagnozy naszych społeczeństw.
Jak autor pisze – przed 100 laty zostalibyśmy wszyscy zdiagnozowani jako
neurastenicy. Czytając opis naszego stylu życia i stanu naszej psychiki pozostaje tylko
kiwać potwierdzająco głową. Dobrze gdy ktoś od czasu do czasu przystawi nam lustro
byśmy zobaczyli jak absurdalny i szkodliwy dla nas jest ten system ciągłego pośpiechu. Bo nie jest to sprawa indywidualna tylko norma społeczna, która wymusza takie zachowania. Funkcjonując w systemie trudno jest go zmienić i zacząć lepiej żyć.

Pomóc może analiza dlaczego jest jak jest i co my sami robimy w ramach systemu pośpiechu. Jednym z powodów są technologie. Wydaje się że pomogą nam odzyskać część czasu. Tymczasem one tylko przyspieszają rytm dnia. Jeśli dzięki nim uporaliśmy się z czymś szybciej, to powstałe małe okienko czasu od razu zapełniamy kolejną czynnością do odhaczenia. W efekcie przyspieszamy zamiast zwalniać. Jeśli pojawi się chwila to nie błądzimy w myślach, patrzymy w chmury, czy zastanawiamy się nad czymś nieistotnym. Na ogół sięgamy po smartfon i znowu coś robimy. Oczywiście są też inne elementy systemu utrzymujące nas w stanie permanentnej gonitwy. Zrozumienie problemu to pierwszy krok do jego rozwiązania.

Sposobów na jego rozwiązania, czy przynajmniej poczucie ulgi, autor daje kilka. Książka to nie poradnik samopomocy podający magiczne, dosłowne formuły. Stan odprężenia i leniuchowania jest indywidualny, dlatego sposoby jak do niego dojść też muszą być indywidualne, stworzone przez nas samych. Ale istnieją ogólne zasady. Mogą one być różnie wyrażone, podane mniej lub bardziej szczegółowo ale w gruncie rzeczy opisują zawsze to samo. Są zgodne z opisem jak przejść na drugą stronę lustra. Na przykład zadawanie sobie pytania „czy muszę to na pewno zrobić” oraz „czy chcę to zrobić” oraz mówienie „nie” to po prostu samoświadomość i myślenie samodzielne oraz świadome wybory.

Jest tu również o tym jak bardzo nasze mózgi potrzebują stanu bezczynności, o czym można przeczytać także tutaj, oraz o warunkach przeżywania chwil szczęścia (tutaj). Nauki ścisłe i humanistyczne coraz głośniej mówią nam że nasz styl życia jest zły. Schnabel zauważa, że to właśnie czynności pozornie bez pożytku, takie jak muzyka, malowanie, patrzenie w gwiazdy, doprowadziły homo sapiens dużo dalej niż jakiekolwiek zakończone sukcesem polowanie. Bez nicnierobienia bylibyśmy wciąż barbarzyńcami. Jeśli nie zaczniemy ignorować najróżniejszych doradców i guru zarządzania tym i owym to prawdopodobnie zmarnujemy szansę na usatysfakcjonowane życie.

Jak sam autor pisze – książka ma dostarczyć naukowych argumentów wspierających bezczynność. Stosunkowo nowe badania neurologiczne pokazały że mózg, by mógł optymalnie funkcjonować, potrzebuje momentów, w których nie skupiamy się na czynnościach czy problemach świata zewnętrznego.

W naszych mózgach istnieje tzw. domyślna sieć (default mode network), lub sieć aktywności bazowej mózgu. Sieć ta łączy różne obszary, z których każdy oddzielnie jest odpowiedzialny za inne, konkretne zadania. W chwili gdy przestajemy rozmyślać jak ominąć korek, do kogo zadzwonić z problemem w pracy lub co trzeba zrobić po przyjściu do domu, a zamiast tego pozwalamy sobie na błądzenie myślami, ośrodki te zaczynają komunikować się między sobą. Ta komunikacja jest tak intensywna, że w efekcie mózg wykonuje o wiele większą pracę gdy buja w obłokach niż gdy skupia się na czymś konkretnym. To właśnie wtedy gdy robimy sobie pauzę nasz umysł organizuje myśli, spostrzeżenia, wspomnienia, tworzy asocjacje między nimi, wpada na nowe pomysły.

Szczerze powiedziawszy, jest to tylko naukowe poparcie zjawiska, które znamy z autopsji. Z pewnymi problemami trzeba się przespać a najlepsze pomysły ma się pod prysznicem, a więc wtedy gdy umysł jest zrelaksowany i uwolniony od uprzęży rozwiązywania problemów. Natomiast gdy jesteśmy bombardowani przez wiadomości, telefony, gdy sami ciągle coś wysyłamy, nasza sieć domyślna jest uśpiona. Warto wspomnieć tutaj, że te chwile, które w przeszłości wykorzystywaliśmy by się gdzieś zapatrzyć lub podumać, i podczas których nasz umysł tworzył nowe powiązania, odkrywał wzorce, czyli był kreatywny, odeszły wraz z nadejściem smartfonów.

Kolejnym wnioskiem jest to że musimy dać sobie spokój z przesadną wiarą w zarządzanie czasem i produktywnym wykorzystywaniem każdej chwili. Takie zachowania to totalna pomyłka. Andrew Smart twierdzi nawet że w przyszłości kulturę zarządzania czasem będziemy oceniać tak jak dzisiaj oceniamy niewolnictwo.

Jeśli nie przekonują nas inne zdroworozsądkowe argumenty by się wyłączyć od zgiełku bo przecież „nie mamy czasu”, „chwile bezczynności to luksus”, itp. zwykłe wymówki, to zadbajmy o nicnierobienie choćby po to by być bardziej kreatywnym i przez to wydajnym. Jeśli ciągle jeszcze wierzymy w przeżywanie życia w wydajny sposób.

Książka przedstawia tematy naukowe w sposób dowcipny i zrozumiały dla laika. Niestety nie ukazała się jeszcze po polsku (stan na październik 2018).

https://idler.co.uk/

Strona redagowana przez Toma Hodgkinsona, autora książki „Jak być leniwym”. I chociaż Tom Hodgkinson jest całym sercem za lenistwem i prokrastynacją, Idler wcale nie proponuje bierności. W serii artykułów promuje zajęcia wymagające oderwania od zagonienia i dające momenty prawdziwej przyjemności i kontaktu z innymi. Dostępne są kursy online (płatne) nie zawsze praktyczne, ale za to prowadzące do zwiększenia jakości przeżywanego czasu. Na przykład: harmonijka i ukulele dla początkujących, wstęp do muzyki klasycznej, wstęp do współczesnej filozofii, etc. Strona jest brytyjska, więc odbywające się wydarzenia live oraz niektóre z artykułów będą dla czytelników spoza Wysp nieistotne. Ale wiele jest uniwersalnych i jeśli nas nie zainspirują do wprowadzania momentów jakości do własnego życia to przynajmniej poznamy brytyjskie trendy slow life.

 

https://slowdownnow.org/

Strona z wykorzystaniem najlepszego absurdalnego brytyjskiego humoru, nieodległego od stylu Monthy Pythona, promuje coś zupełnie innego niż zwiększanie aktywności oraz osobistej i zawodowej efektywności. Taki świat równoległy gdzie nierobienie za dużo jest cnotą, nad którą prowadzi się badania naukowe by ten stan rozpowszechnić, multitasking jest postrzegany jako słabość moralna (ale nie w przypadku kobiet!), a gettingthingsdoneitis jest uważany za niebezpieczny stan kliniczny. Ale wśród absurdów znajdą się nawiązania do filozofii i wcale nie takie odjechane lecz całkiem mądre teksty, opinie oraz rady, np. lista porad jak zwolnić.