Strona używa ciasteczek (cookies). Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Czytaj więcej


Minimalizm: Dokument o rzeczach ważnych

Veronique Vienne: The Art of Doing Nothing

Paterson

Michał Cichy: Zawsze jest dzisiaj

Dwutygodnik: cykl Powolność.

Nathanael Johnson: Sekrety roślin i zwierząt w podmiejskiej dżungli

Na osobach niesiedzących w temacie, minimalizm może stwarzać wrażenie sekty próbującej udowadniać, że da się żyć, posiadając tylko laptop, komórkę i szczoteczkę do zębów. Jakby to były zawody kto przeżyje, posiadając mniej. Film D’Avelli trochę to prostuje, podkreślając, że minimalizm to nie wyrzeczenie, ale życie bardziej celowe, zawierające więcej wartości. Redukowanie nie tylko liczby rzeczy materialnych, ale również elementów stylu życia, które rozpraszają, zabierają czas i energię. Minimalista woli je przeznaczyć na rzeczy istotne, takie jak związki międzyludzkie, angażowanie się i wspieranie wartościowych inicjatyw, rozwój, satysfakcję z każdego momentu codziennego życia. Gdy mówimy o minimalizmie, powinniśmy się skupiać na tym, czego nam przybywa, tj. więcej rzeczy dodających życiu wartości, czyniących nas szczęśliwymi, a nie na tym, czego się pozbywamy. Stąd tytuł – „Dokument o rzeczach ważnych”.
Pomimo tego, film przekona przekonanych. Tych, którzy tematu nie czują, raczej nie. Pokazane konwersje na minimalizm dotyczą życia, od którego wielu raczej nie będzie uciekać, nie tylko w Polsce. Nawet za cenę szczęścia. Film z jednej strony podkreśla, że minimalizm to nie radykalny styl życia, ale wybór jakości nad ilością. Jednak postaci z filmu są dosyć radykalne w swoich wyborach i podjętych życiowych decyzjach. Dobrze byłoby zobaczyć mniej spektakularne przykłady takich przeciętnych minimalistów, którzy żyją wg „nie za dużo, nie za mało, ale wystarczająco”. Bo to „wystarczająco” wydaje mi się, wymaga największej samoświadomości. Prosta redukcja posiadania jest bezmyślna, jest przyjmowaniem kolejnego stylu, skupianiem się nie na tym, co jest ważne. Nawet jeśli zredukowanie bałaganu na zewnątrz i wewnątrz nas, niezależnie od motywacji, raczej nam dobrze zrobi.
Im więcej posiadamy, tym bardziej jesteśmy uwięzieni przez zagracone życie. A co jeśli nie czujemy się zniewoleni? Ktoś, kto jeszcze jakoś funkcjonuje w przepełnionym życiu i daje radę zaczerpnąć oddech w ciągu dnia, zapada w rutynę, w którą nas wtłoczyła kultura, przemysł dóbr zbywalnych i reklamy i rzadko myśli o zmianach. W chwilach kryzysu, w chwilach natłoku i gorączki brakującego czasu, widzimy ostrzej i jest większa szansa, że poczujemy tęsknotę do życia bardziej wybrednego, z którego powyrzucamy to, co je zagraca. Film trochę też za mało przekonująco pokazuje te chwile kryzysu.
Podejmowanie wyborów, życie wg własnego skryptu – to nie jest prosta droga. Tylko mniejszość się na nią decyduje, Większość idzie na łatwiznę, przyjmując gotowe rozwiązania podsuwane przez reklamy. Dlatego nie ma szans, by ten ambitny styl życia wszedł do mainstreamu. To zbyt trudne. I tu jest paradoks – z jednej strony przez minimalizm można osiągnąć prostsze życia, ale z drugiej wymaga wysiłku, by poznać siebie, zrozumieć co naprawdę jest istotne.
Aktywni minimaliści lub tylko minimalizmowi kibicujący, będą mieć przyjemność z oglądania. Ambiwalentnie nastawieni być może dostrzegą paralelę do własnego życia i film stanie się kroplą drążącą skałę.
Film dostępny tutaj w wersji oryginalnej.

Tłumacząc na polski książka nazywa się „Sztuka nicnierobienia”. Ale to nie jest książka o byciu nieaktywnym. Chyba że za aktywność rozumiemy jedynie słuszne w naszej przeorganizowanej rzeczywistości czynności zakończone osiągnięciem czegoś, takie jak: zakupy, wymiana opon na zimowe, zawiezienie dziecka na trening, zarezerwowanie wakacji, itp. W ten sposób sprowadzamy nasze życie do wypełniania zadań a dni mijają nie zostawiając po sobie zapamiętanych wrażeń.

The Art of Doing Nothing przypomina jak powrócić do świadomego przeżywania życia i odczuwania przyjemności. Cały trick polega na choć chwilowym zatrzymaniu się i użyciu zmysłów i umysłu by poczuć co właśnie w tym momencie się dzieje. Książka dostarcza 10 takich przykładowych źródeł spokoju ducha pozwalających, czy raczej wymagających kultywowania uważności, a przy okazji odprężających, wprowadzających harmonię do życia. Większość z nich wykonujemy na co dzień, ale przeważnie w sposób automatyczny, bezrefleksyjnie. Na przykład oddychanie, które jeśli jest świadome zbliża nas do medytacji. Ziewanie oraz drzemka. Prokastrynacja,
dzięki której możemy dać odpocząć naszej woli ciągle popychającej do działania,
uwolnić się od demona efektywności i przestać być maszyną. Świadome czekanie,
dzięki któremu budujemy swoje wspomnienia. Moje ulubione to smakowanie, które jest
„jednym z najbardziej przyjemnych sposobów stymulowania myśli”. Rozdział o smakowaniu zawiera dodatkowy bonus – wskazówki sommeliera jak pić i pozostać trzeźwym.

Istnieje sprzężenie zwrotne pomiędzy świadomością chwili a jakością odczuwanej z tej chwili przyjemności. Zagubieni myślami w przyszłych czynnościach lub rozważając przeszłe wydarzenia, nie skupiamy się na przyjemności a więc jej tak naprawdę nie odczuwamy. Myślę, że gdy w pełni odczuwamy z czegoś przyjemność to zwiększa to z kolei naszą koncentrację na momencie.

Ale tu nie chodzi tylko o przyjemne doznania. Nasze mózgi potrzebują lenistwa by poukładać zdobyte informacje i przygotować je do późniejszego wykorzystania. I chyba najważniejsze – to właśnie wtedy gdy wydobywamy się z codziennego zapętlenia świat i bieg wydarzeń zwalnia a my odzyskujemy poczucie siebie, swojej psychiki i swojego ciała. To te momenty, których jesteśmy w pełni świadomi, budują nasze życie.

„Jak dużo może się dziać w filmie, w którym się nic nie dzieje”. Takie podsumowanie padło wśród widowni na sali kinowej po zakończonym seansie. Celne bo w filmie nie ma akcji. To raczej zapis zwykłych zdarzeń z całego tygodnia – wstawanie rano, śniadanie, wyjście do pracy, praca, itd. Jeśli dzieje się coś spoza rutyny to, no może z jednym wyjątkiem, i tak należy do zdarzeń przewidywalnych, tylko nieco mniej prawdopodobnych. Tu nie ma jak u Hitchcocka rewolweru na początku, który wypali w późniejszych scenach. Spokojne, rutynowe, trochę bezbarwne (pozornie) życie.

To dlaczego film wciąga? Bo przez to, że nie ma natłoku wydarzeń, można się skupić na szczegółach bieżącej chwili. Każdy moment, każde drobne, banalne wydarzenie staje się niezwykłe, nabiera intensywności i barwności. To co wydawałoby się nieciekawe nagle zaskakuje i nie jest już takie normalne i przeciętne. Poszerza się kąt widzenia, dostrzega się więcej. Gdy chwila jest przeżyta świadomie można odnaleźć w niej, oraz w całym życiu poezję. To film o poezji w codzienności ale też o skupieniu na bieżącym momencie, które jest warunkiem koniecznym by w pełni cieszyć się życiem. Nic dziwnego, że bohater odmawia posiadania telefony komórkowego.

Tym, których odrzuca gadanie o „byciu tu i teraz”, proponuję mimo wszystko zobaczyć Patersona. W spokoju i skupieniu, bez rozpraszania się. Nawet jeśli film się Wam jednak nie spodoba, jest szansa że po obejrzeniu wyostrzy się Wam postrzeganie świata i poczujecie intensywniejszą świadomość istnienia. To tak jakbyśmy do tej pory patrzyli przez zaparowane okulary. Efekt niestety mija i wkrótce znowu zapętlamy się w planowanie, analizowanie i inne formy ucieczki od bycia w chwili.

Jeśli ktoś szuka podobnego odnajdywania piękna i szczęścia w codzienności to polecam Rachunek Jonasa Karlssona.

Książka jest bardzo dobrym przykładem slow-reading. Nie ma absolutnie żadnej fabuły, składa się z jedno-, dwustronicowych opisów życia miasta. Przy czym miasto to przeważnie ta część umykająca naszej uwadze – chodniki, nieużytki, miejska przyroda, zjawiska atmosferyczne, itp. Ludzie pojawiają się rzadziej. A jednak dzieje się mnóstwo – pająki zjadają swoje ofiary, spadłe liście pachną lub szeleszczą, promienie słoneczne odbijają się od budynków lub chmur.

Taaaak… nie brzmi to ekscytująco. Ale czytanie wywiera większy efekt niż książki akcji, a przynajmniej bardziej uspokajający. I wyostrza spojrzenie, skupia uwagę, wzmacnia koncentrację. Podczas lektury przypomniał mi się Paterson Jarmuscha, gdzie też niby nic się nie dzieje a jednak film napakowany zdarzeniami.

Dobrze jest przeczytać kilka, kilkanaście stron naraz. Wtedy umysł stopniowo przestaje analizować przeszłe wydarzenia i planować przyszłe poddając się narzuconemu, naturalnemu tempu. Dlatego książka mogłaby też nazywać się

„Zawsze jest teraz”. Czas zwalnia, płynie bardziej jednostajnie i leniwie, a czytane opisy zaczynają fascynować. I wzrasta świadomość, że to właśnie te drobne, niezauważalne wydarzenia są rzeczywistością bardziej niż świat newsów, planowania, pracy, gdy umysł oddzielony jest od Teraz.

Jest to też trochę książka o przemijaniu, ale nie tym dramatycznym, depresyjnym. Tu raczej chodzi o zmianę, przywołanie spostrzeżenia, że po lecie jest jesień, po dniu noc, po zniszczeniu i zaniedbaniu odnawianie. I z powrotem.

Coś dobrego się dzieje podczas czytania. Jest to terapia przeciwko pośpiechowi i spowodowanemu nim napięciu oraz niecierpliwości.

Wydaje się że slow life zrobiło się do tego stopnia mainstreamowe, że w jest już w dobrym tonie je krytykować. W 2017 Dwutygodnik.com opublikował cykl artykułów, których autorzy zastanawiają się czym jest powolność w różnych aspektach życia, i niektórzy z nich odnoszą się do idei nieco krytycznie.

Świetnie czyta się teksty o powolności w przyrodzie Roberta Pucka i Stanisława Łubieńskiego. Natura nie jest ani slow ani fast bo sama nie wybiera swojego tempa natomiast my możemy zadecydować jak będziemy ją badać. Jeśli robimy to w powolny sposób, porzucając mechanistyczne podejście, to jest szansa że poczujemy „znaczenie jej wewnętrznej istoty”. Najwięksi badacze tak to właśnie robili. Wtedy powolność w obserwacji to po prostu uważność. (Tutaj świetny podręcznik do obserwacji natury w mieście).

O uważności pisze Michał Cichy. Co prawda nie używa tego słowa, ale jego powolność podczas najzwyklejszych czynności dnia codziennego, i tworzenie na jej podstawie rytuałów codzienności to nic innego jak uważność. Cichy dostrzega powiązanie powolności / uważności z minimalizmem, który nazywa nielicznością – ograniczeniem rzeczy i ludzi by mieć czas dla siebie. Jest tu celne spostrzeżenie, że „pośpiech oznacza niedostatek poczucia wartości własnej i uznania prymatu potrzeb innych ludzi nad naszymi”. Świetny tekst.

Cichy uważa, że nasz problem z czasem rozpoczął się wraz z powstaniem zegarów. Podobnie twierdzi Juliet Schor. Powiedzenie że ludzie szczęśliwi czasu nie mierzą ma solidne podstawy.

Na tempo przyrody nie mamy wpływu ale możemy powolność wprowadzić do muzyki (Jan Topolski) i do TV. Darek Arest opisuje jakim hitem telewizyjnym okazała się np. relacja minuta po minucie z przejazdu pociągu w Bergen do Oslo (7 godzin!), a Jakub Socha o hipnotyzujących transmisjach rozgrywek snookera, oglądanie których ma tylko sens jeśli przez skupienie na momencie zwiększymy siłę percepcji. Na podstawie własnego doświadczenia mogę potwierdzić, że slow TV faktycznie uspokaja oraz wycisza ciało i umysł.

Nowoczesna komunikacja jest wrogiem powolności (o ironio – tyle problemów z czasem miała rozwiązać, a to co oferuje to głównie przyspieszenie!). Mirosław Fliciak analizuje szybkość i spowolnienie w sieci. Przyznając że problem jej destrukcyjnego wpływu istnieje, dochodzi do wniosku, że żeby „czasowy wymiar życia był mniej regulowany przez media” nie wystarczy zmienić nawyki ale cały system. Dlatego przeciwstawianie się wpływowi mediów pozostaje wg niego możliwością ekskluzywną. Zgadzam się że spowolnienie dzięki aplikacjom, które ułatwiają kontrolę nad czasem online to gaszenie ognia benzyną. Ale argumentu, że takie mamy czasy, slow web to tylko na wakacje i powolne funkcjonowanie na dłuższą metę byłoby nie do wytrzymania totalnie nie kupuję. Samokontrola w korzystaniu nie jest łatwa ale tylko okres detoksu jest ciężki. Gdy się go przejdzie to im dłużej żyjemy bez nałogu online (co nie oznacza bez sieci), tym bardziej się w powolności rozsmakowujemy.

Skuteczne, chociaż nie wszystkie całkowicie poważne, sposoby na „utrudnianie sprzętom na korzystanie z nas” proponuje Agnieszka Słodownik. Niektóre z wykorzystaniem tych samych narzędzi, które są źródłem problemu czyli znowu aplikacji lub specjalnych stron internetowych.

Słodownik wspólnie z Anną Desponds rozmawiają w podcaście o slow web i tempie życia. Jest tam kilka ciekawych obserwacji ale moim zdaniem nie doceniają problemu i wynikającej z niego gorszej jakości naszego życia. Np. twierdzenie że pełna koncentracja ale na krótką chwilę, co przecież oferuje sieć, to też jakiś rodzaj powolności, to złuda. To pokazuje, że nie rozumieją istoty powolności. Podobnie jak Łukasz Najder gdy opisuje wyścig z czasem by przeczytać cykl książek podczas urlopu. Chociaż zauważa FOMO przez które musi przejść zanim swój maraton czytelniczy rozpocznie.

Za to Marek Bieńczyk ciekawie zauważa, że powolność to bycie we własnym czasie, który wyznacza granicę naszych światów. Jeśli to trochę enigmatyczne to przeczytajcie tekst, Bieńczyk to lepiej wyjaśnia. Podobnie jak Cichy, doszukuje się powolności w zwykłych czynnościach, powtarzanych ale najlepiej bez wyznaczanego regularnego tempa.

Czytanie wielu z tych tekstów to prawdziwa przyjemność ale wymagająca zwolnienia by się skupić i płynąć z tekstem a więc czynność sama w sobie będąca odtrutką na zagonienie.

Żyj wolniej mówią, uważniej, bądź tu i teraz. Ale jak to osiągnąć jeśli od dłuższego czasu i przez większą część doby nasz umysł doskonali się w planowaniu, eliminowaniu każdego nieefektywnego momentu, wielozadaniowości oraz przeskakiwaniu z tematu na temat. Efektów tego treningu nie da się pozbyć samą siłą woli. Mięsień nicnierobienia, a zwłaszcza mięsień bycia świadomym chwili u większości z nas jest w stanie atrofii i na powrót należy go wytrenować. „Sekrety roślin i zwierząt w podmiejskiej dżungli” to podręcznik ćwiczeń do tego celu.

Zgodnie z tytułem książka opisuje wybrane gatunki obecne w miastach i podaje nieznane ciekawostki z ich życia i koegzystencji z człowiekiem. Dlatego będzie ciekawsza dla tych, którzy już na wejściu lubią i są zaciekawieni naturą. Ale jest duża szansa że również Ci, których natura nudzi, odkryją choćby minimalne zainteresowanie pozwalające ją obserwować. „W chwili gdy ludzie zaczynają dostrzegać jakiś element przyrody, znajdujemy powód aby to kochać”.

Oczywiście każdy opisany gatunek zaciekawia. Wiewiórki na torze przeszkód
rozbawiają, pochodzenie miłorzębów budzi szacunek, inteligencja kolonii mrówek
zastanawia. Dla mnie prawdziwym „aha momentem” był rozdział o wronach.
Najlepsze jednak w tej książce jest to, że nie ogranicza się tylko do podawania informacji. Sam autor początkowo niewiele wie o wybranym gatunku i opisuje krok po kroku proces obserwacji i poszerzania własnej wiedzy. Dzięki temu poznajemy jego metodę na to jak zwolnić, obserwować i poznawać. „Celem książki (…) jest przekonanie ludzi (…) do zwolnienia tempa na tyle, aby móc dostrzec otaczające nas cuda.” Książka zaciekawia i pokazuje jak zacząć te cuda obserwować. Ostatecznie jednak – „aby dostrzec to co niewidoczne trzeba się napracować.” Nagrodą jest uspokojony umysł.