Strona używa ciasteczek (cookies). Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Czytaj więcej


David Graeber: Praca bez sensu. Teoria.

Tom Phillips: Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko.

Franklin Foer: World Without Mind – The Existential Threat of Big Tech

Veronique Vienne: The Art of Doing Nothing

E.M. Forster: Maszyna staje

Duane Elgin: Voluntary Simplicity

Wciąż najbardziej rozpowszechniony przekaz głosi, że liberalny kapitalizm to samoregulująca się maszyna, a niewidzialna ręka rynku karze każdą nieefektywność. To kolejny mit, jedna z tych rzeczy „o której Ci nie powiedzą o kapitalizmie”, a przykładem niegospodarności jest rozpowszechnienie prac bez sensu marnujących ludzki potencjał i energię. David Graeber, niedawno zmarły antropolog i anarchista, który z pewnością nie szukał pozytywów w naszym systemie ekonomicznym, sam był zdziwiony, jak powszechne jest to zjawisko. (Graebera można oskarżać o „lewactwo”, ale jego książka została Książką Roku Financial Times w 2018).
Z pewnością wielu z nas poświęca choćby niewielką część czasu w pracy na zajęcia, o których wiemy, że nie mają sensu. Kto choć raz nie był zmuszony do przygotowywania raportów czy firmowych newsletterów, których się nie czyta, prezentacji, których nikt nie ogląda lub które nie miały niczego osiągnąć, poprawiania miejsc po przecinku w tabelkach w excelu, pisania maili dupochronów? Ale może być jeszcze gorzej. Graeber napisał artykuł na temat prac bez sensu a po tym, gdy w krótkim czasie artykuł stał się wiralem, poprosił w sieci o podzielenie się opisami prac, które zdaniem osób je wykonujących były „pracami – ściemami”. Odzew przerósł jego oczekiwania i został wykorzystany do napisania książki.
Zgłaszali się nie tylko ludzie, którzy są zmuszani do wypełniania, obok produktywnej pracy, bezsensownych obowiązków, ale również tacy, których praca, ich własnym zdaniem, w całości mogła zniknąć bez jakiejkolwiek szkody, a w wielu przypadkach z pożytkiem dla wszystkich. Opowieści internautów pozwoliły Graeberowi sklasyfikować rodzaje prac bez sensu. To praca „lokai” – których obecność w firmie ma dodawać prestiżu (przykładem mogą być niektórzy asystenci i pracownicy recepcji). „Zbiry”, czyli np. telemarketerzy, PR-owcy, prawnicy korporacyjni, których praca często zawiera element manipulacji i istnienie stanowiska jest wymuszone tym, że konkurencja też zatrudnia takie osoby. Jedna z moich ulubionych – „łatacze z taśmą” – stanowiska istniejące z powodu wady w funkcjonowaniu organizacji. Zamiast usunąć pierwotny błąd, łatacze muszą naprawiać stale powracający, wywoływany przez niego problem. „Odhaczacze”, czyli stanowiska istniejące tylko po to by firma mogła zademonstrować wypełnianie jakiś zobowiązań – np. wobec oczekiwań jakiejś grupy, lub nałożonych przez prawo. Oczywiście stanowiska odhaczaczy stworzono tak, by nie miały siły sprawczej i ich praca ogranicza się do tworzenia pozorów w postaci papierologii. W końcu, większości bardzo dobrze znani, „nadzorcy” – całkowicie zbędni zarządzający, którzy mogą nawet nie znać się na tym czym zarządzają, a bez których praca i tak byłaby wykonana, często wręcz lepiej czy szybciej.
Problem dotyczy zarówno sektora prywatnego, jaki i państwowego i nie ma związku z wysokością wynagrodzenia. Wręcz przeciwnie, zarobki za wykonywanie pracy bez wartości często są bardzo wysokie. W 1930 John M. Keynes przewidywał, że w przyszłości rozwój techniki i organizacji uwolni nas od konieczności długich godzin pracy. Według Graebera tak faktycznie się stało. Z tymże ten czas odzyskany został zamieniony na prace bez sensu. Istnieniu prac ściem, które są szkodliwe dla społeczeństwa, dla firm i dla dobrostanu psychicznego osób je wykonujących, trochę się zaprzecza, a trochę nie jest akceptowane, by o nich mówić. Wydaje się, że nikt nie próbuje przyznać, że problem istnieje i go rozwiązać. Wymagałoby to sięgnięcia głęboko w konstrukcję modelu ekonomicznego. Jedyna szansa, że zaczniemy odczarowywać to, jak zbudowane są jego mechanizmy i zaczniemy traktować kapitalizm jako ideologię, a nie prawo naturalne. Szalejąca pandemia COVID pomaga dostrzec, które zawody rzeczywiście przynoszą korzyści społeczne, a które to tylko konstrukty, bez których moglibyśmy się obejść.
Książka jest dedykowana: „każdemu, kto wolałby zrobić ze sobą coś użytecznego”.

W „Pułapkach myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym” Daniel Kahneman opisał błędy poznawcze popełniane przez ludzi. Książka, napisana w popularnonaukowym stylu, rozwiewa wyobrażenie, że myślimy racjonalnie i popiera to mnóstwem opisów eksperymentów oraz badań. Robi wrażenie.

Tom Phillips w „Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko” dostarczył przykładów na pomyłki popełniane w ciągu całej naszej historii, podczas wydarzeń, które miały zasadniczy wpływ na losy grup społecznych, narodów, regionów. Może przypominacie sobie takie historie jak wprowadzenia królików do Australii, zmianę biegu rzek nawadniających jezioro Aralskie, wymordowanie wróbli w Chinach? A wiecie, że przy wprowadzeniu i upieraniu się, by kontynuować używanie benzyny ołowiowej też popisaliśmy się raczej niefrasobliwością (delikatnie mówiąc) niż mądrością? Gdy przyglądniemy się z odpowiedniej perspektywy naszej historii, to narzuca się pytanie do naszych przodków „gdzie mieliście rozum, gdy podejmowaliście te decyzje?!”

Ale nie ma sensu się z tego powodu biczować. My inaczej po prostu nie potrafimy. Dostrzegamy wzory tam gdzie ich nie ma, co prowadzi do błędnych interpretacji rzeczywistości. Trzymamy się podjętej decyzji ignorując przeciwstawne dowody. Nadmierny optymizm, pewność siebie i przecenianie własnych umiejętności powoduje, że nie najlepiej nam idzie ocena ryzyka i planowanie. No i klasyka – potrzeba dopasowania się, chciwość i zachłanność. To ewolucja wybrała dla nas te procesy myślowe. Dawno temu musiały mieć sens. Jednak teraz polowania, jaskinie itp. zastąpiliśmy cywilizacją, a my ciągle stosujemy stare metody podejmowania decyzji. Nie jesteśmy lepsi niż nasi przodkowie. Wystarczy pomyśleć o totalnej głupocie, idiotyzmie oraz bezmyślności, które demonstrujemy niszcząc naturę i klimat podtrzymujący naszą egzystencję na planecie. Dla miejsc pracy i krótkotrwałych zysków? Jeśli ktoś myśli, że to usprawiedliwia takie traktowanie środowiska, to koniecznie powinien przeczytać książkę Phillipsa i zacząć ćwiczyć nabieranie dystansu do siebie. Bo to jest jedyny sposób, by poradzić sobie z wbudowanym brakiem racjonalności cechującym ludzkość. Zdać sobie z tego sprawę i postępować wypatrując pomyłek.

Nie mamy żadnej gwarancji, że nasz obecny system ekonomiczny, z wszystkimi wynikającymi z niego „podsystemami”, normy społeczne i kulturowe nie są irracjonalne. (Myślę raczej, że bardzo dużo wskazuje, że w wysokim stopniu są właśnie irracjonalne). Fakt, że dominują, nie stanowi o ich poprawności. Pamiętajmy, że jesteśmy cholernie nielogiczni i dlatego goniące za nieustannym zyskiem i wzrostem korporacje, nasze szukanie satysfakcji i realizowania się w pracy, która nie czyni świata choć w minimalnym stopniu lepszym, za to żąda za dużo czasu oraz energii, demonstrowanie statusu poprzez konsumpcję, to raczej złe pomysły. Warto to mieć gdzieś z tyłu głowy klepiąc się po plecach przy okazji osiągnięcia planu sprzedaży lub wprowadzenia nowego świetnego systemu zarządzania.

Książka jest bardzo dowcipnie napisana i pomimo narastającego niedowierzania jak głupi jesteśmy, czytanie jej to czysta przyjemność.

Z pewnością są książki opisujące nielegalne praktyki, skandale i brudne machinacje korporacji technologicznych. Książka Foera nie jest jedną z nich. Prawie nie ma tu afer oraz opisów demonicznej chęci przejęcia władzy. Jest za to opis wizji świata w jaką wierzy Silicon Valley. I jeśli ta wizja zostanie zrealizowana to powstanie świat, w którym faktycznie Big Tech rządzi a społeczeństwa będą mieć dużo mniejszą kontrolę nad rzeczywistością.

Obecna ideologia Silicon Valley wywodzi się z kontrkultury lat 60-tych, dążenia do przerwania panowania skostniałych karteli i ośrodków władzy. Ówcześni inżynierowie uwierzyli że technologia i komputer stanie się instrumentem wolności i przezwyciężania ludzkiej alienacji. Umożliwi zjednoczenie ludzkości w  jednej, wszystko obejmującej sieci, gdzie ludzie nieegoistycznie będą razem pracować i dzielić się informacją. To naiwne wyobrażenie że komputery uratują świat żyje w Silicon Valley do teraz.

Miało być tak pięknie a wyszło jak zwykle…

Dążąc do obalenia starych monopoli koncerny technologiczne same zmonopolizowały
rynek. Ale nie dążyły do tego tylko z powodów ekonomicznych ale wręcz duchowych. Z ich perspektywy koncentracja siły jest niezbędna dla globalnej komunikacji ludzi. Istnienie konkurencji to tylko strata czasu i środków. Jak powiedział Peter Thiel, współtwórca PayPal i inwestor z Silicon Valley, – „konkurencja to relikt z przeszłości”. Oczywiście łatwo to mówić z pozycji monopolisty. Tylko że anty konkurencja to anty wolny rynek. Monopol zapewnił im wystarczającą siłę by wiedzieć że nie będą ukarani i mogą unikać swoich zobowiązań wobec społeczeństwa, takich jak płacenie podatków.

W społeczeństwach opartych o wiedzę firmy technologiczne przeszukują i porządkują ją, oferując drogi przedarcia się przez dżunglę informacji. Odmawiają jednak brania odpowiedzialności za rozpowszechniane z ich udziałem treści. Choć oficjalnie nie chcą kontrolować dostępu to w rzeczywistości stosują najpotężniejsze filtry wiedzy jakie kiedykolwiek istniały. Dzięki zebraniu olbrzymiej ilości danych, i stale rozwijanym algorytmom, przewidują nasze zainteresowania, sugerują tematy, proponują produkty. Jakość, czy wręcz prawdziwość podawanej informacji nie ma znaczenia. Wręcz przeciwnie – technologie zawierają mechanizmy prowadzące do obniżania jakości. W pogoni za klikami treści są dopasowywane do użytkownika a to dostosowanie ciągnie jakość w dół. Ci odnoszą sukces, którzy potwierdzają istniejące opinie, wpasowują się istniejące przekonania i preferencje. Jeśli użytkownik chce chleba i igrzysk, a wielu tego chce, to to dostaje. Poważni dostarczyciele treści i kultury muszą się do tego modelu dostosować ze względu na monopolistyczną pozycję Big Tech. W efekcie Silicon Valley niszczy kulturę, standardy tworzenia, organizowania i dostarczania informacji.

Nowe technologie rzekomo mają rozwijać i spełniać indywidualne potrzeby jednostki, ułatwiać komunikację. Ale w praktyce dzieje się coś przeciwnego – przez profilowanie, grupowanie, narzucanie tłumią indywidualność i tworzą zuniformizowanych ludzi. Naruszają sferę prywatną, własność intelektualną. Przez budowanie baniek informacyjnych ograniczają wymianę poglądów.

Facebook, z wykorzystaniem psychologii behawioralnej, bada jak może wpływać na zachowania użytkowników. Dzięki algorytmom jest w stanie odszyfrować kolor skóry, orientacje seksualną, czy używanie narkotyków. Sam twierdzi że przez budowanie presji społecznej był w stanie zwiększyć udział w wyborach. Ale wpływ Facebooka na ich wyniki jest z pewnością większy. Jak i w jakim celu się nami manipuluje tego nie wiemy bo algorytmy są pilnie strzeżoną tajemnicą.

Pozwalamy by technologie za nas myślały, decydowały co czytamy, kupujemy, jaką drogą jedziemy, z kim pozostajemy w kontakcie. Czy nie jest to odbieranie wolnej woli? A raczej – dobrowolne oddawanie wolności wyboru? Byłoby naiwnością myśleć że koncerny nie wykorzystują posiadanego wpływu. Tym bardziej, że do realizacji swoich projektów podchodzą prawie religijne, a to zawsze jest niebezpieczne. W drodze do kraju obiecanego nie patrzy się na konsekwencje i czy osiągnięcie celu wiąże się z łamaniem prawa. Obowiązuje prawo nowych możliwości a nie prawa przyzwyczajeń, społeczne, czy ekonomiczne.

Ta mała grupa firm, będąca oligarchiami działającymi praktycznie bez kontroli, ma olbrzymią siłą ekonomiczną i wpływ na politykę. Jesteśmy coraz bardziej zależni od ich technologii. Gdy technologie, czy jakakolwiek ideologia próbuje stworzyć lepszy świat, ludzie są śrubkami i trybikami w wielkim planie. Skupiając się na wygodzie zapominamy że to oznacza zależność od dostarczycieli tych technologii, oraz że są rzeczy ważniejsze od wygody.

Tłumacząc na polski książka nazywa się „Sztuka nicnierobienia”. Ale to nie jest książka o byciu nieaktywnym. Chyba że za aktywność rozumiemy jedynie słuszne w naszej przeorganizowanej rzeczywistości czynności zakończone osiągnięciem czegoś, takie jak: zakupy, wymiana opon na zimowe, zawiezienie dziecka na trening, zarezerwowanie wakacji, itp. W ten sposób sprowadzamy nasze życie do wypełniania zadań a dni mijają nie zostawiając po sobie zapamiętanych wrażeń.

The Art of Doing Nothing przypomina jak powrócić do świadomego przeżywania życia i odczuwania przyjemności. Cały trick polega na choć chwilowym zatrzymaniu się i użyciu zmysłów i umysłu by poczuć co właśnie w tym momencie się dzieje. Książka dostarcza 10 takich przykładowych źródeł spokoju ducha pozwalających, czy raczej wymagających kultywowania uważności, a przy okazji odprężających, wprowadzających harmonię do życia. Większość z nich wykonujemy na co dzień, ale przeważnie w sposób automatyczny, bezrefleksyjnie. Na przykład oddychanie, które jeśli jest świadome zbliża nas do medytacji. Ziewanie oraz drzemka. Prokastrynacja,
dzięki której możemy dać odpocząć naszej woli ciągle popychającej do działania,
uwolnić się od demona efektywności i przestać być maszyną. Świadome czekanie,
dzięki któremu budujemy swoje wspomnienia. Moje ulubione to smakowanie, które jest
„jednym z najbardziej przyjemnych sposobów stymulowania myśli”. Rozdział o smakowaniu zawiera dodatkowy bonus – wskazówki sommeliera jak pić i pozostać trzeźwym.

Istnieje sprzężenie zwrotne pomiędzy świadomością chwili a jakością odczuwanej z tej chwili przyjemności. Zagubieni myślami w przyszłych czynnościach lub rozważając przeszłe wydarzenia, nie skupiamy się na przyjemności a więc jej tak naprawdę nie odczuwamy. Myślę, że gdy w pełni odczuwamy z czegoś przyjemność to zwiększa to z kolei naszą koncentrację na momencie.

Ale tu nie chodzi tylko o przyjemne doznania. Nasze mózgi potrzebują lenistwa by poukładać zdobyte informacje i przygotować je do późniejszego wykorzystania. I chyba najważniejsze – to właśnie wtedy gdy wydobywamy się z codziennego zapętlenia świat i bieg wydarzeń zwalnia a my odzyskujemy poczucie siebie, swojej psychiki i swojego ciała. To te momenty, których jesteśmy w pełni świadomi, budują nasze życie.

Jurorzy jeszcze debatują czy przepowiednie Nostradamusa, królowej Saby i innych się sprawdziły. Dystopia Forstera, opisana w krótkim opowiadaniu sf ponad sto lat temu (r. 1909), niestety tak. Niezwykle celnie opisuje relacje międzyludzkie i relacje człowieka ze światem zewnętrznym w przyszłości, w której jesteśmy otoczeni przedmiotami ułatwiającymi nam życie i komunikowanie się. Zgoda, konkretne rozwiązania techniczne w opowiadaniu są inne niż te faktycznie przez nas stworzone. Ale każde proroctwo wymaga interpretacji. A Forster trafnie przewidział efekty wprowadzania pewnych rozwiązań. Oceńcie sami czy do naszego świata można odnieść następujące opisy rzeczywistości, a jeśli jeszcze nie, to czy w tą stronę, dzięki bezkrytycznej adopcji wszelkich rozwiązań technologicznych, nie podążamy:

  • Niewykorzystywanie naszych ciał i zmysłów. Coraz gorzej radzimy sobie z różnymi funkcjami, do wykonywania których nasze ciała wyewoluowały. Natłok przekazu i wycofywanie się do świata technologicznego zabija w nas umiejętność postrzegania i wyobraźnię.
  • Dzięki technologiom mamy liczne pozorne kontakty, na które rozdrabniamy czas kosztem obcowania bezpośredniego, bardziej wartościowego z mniejszą, za to z ważniejszą grupą. Musimy się bronić przed natłokiem informacji, co często wywołuje irytację.
  • Nie tylko jakość kontaktów cierpi. Jeszcze bardzo powoli ale również nasze doznania i doświadczenia zaczynają być mniej bezpośrednie a częściej moderowane przez technologię. Coraz więcej wtórności a mniej oryginalności (patrz Erudyci z Twittera).
  • Rozwiązania technologiczne zapewniają kontakt z ludźmi, z ideami. Może dlatego to w ich używaniu szukamy psychologicznego komfortu.
  • Uniformizacja – wszędzie tam gdzie wkroczył rozwój, świat wygląda w zasadzie jednakowo. Różnice zanikają. To nie produkty są dostosowane do nas ale my dostosowujemy się do globalnej oferty (mnogość wyboru nie oznacza, że jest to oferta „szyta na miarę”).
  • Poszczególne aspekty życia tracą na jakości (pomyślcie o smaku dojrzałych pomidorów z przeszłości – ci, którzy pamiętają wiedzą co mam na myśli) i my to akceptujemy zadowalając się gdy coś jest „wystarczająco dobre”.
  • I wreszcie – mamy coraz bardziej zaawansowane technologie, które są rozumiane przez coraz bardziej wyspecjalizowane grupy, a równolegle zapominamy podstawową wiedzę techniczną. Ilu nastolatków wie jak wymienić dętkę w rowerze?

W pogoni za komfortem i rozwojem wpadliśmy w samozadowolenie i dekadencję.
Czy taki rozwój nowych technologii faktycznie nam służy? Gdy w rozmowach z przyjaciółmi mówię, że coś z tych smartfonów, aplikacji, itd. nie jest dla nas dobre słyszę „takie czasy”, z domieszką rezygnacji. To kto rządzi tym postępem?
Zakończę podobnie jak Forster – człowiek próbuje ubrać się w szaty z rozwoju i technologii nie rozumiejąc, że nie na tym polega jego istota, to nie jest część naszej podróży w życiu. Grzeszymy przeciwko naturze „na zewnątrz” jaki i naszej własnej ludzkiej naturze.

Opowiadanie jest dostępne w angielskiej wersji oryginalnej legalnie w wielu miejscach w sieci. Po polsku w antologii „Droga do science – fiction. Od Wellesa do Heinleina.”

Jedna z pierwszych, bardziej znanych książek o simple life z 1981, której drugie wydanie, dopasowane do obecnej rzeczywistości ukazało się w 2010.

Dwa główne przekazy książki to to, że simple life, simplicity to nie asceza ani wyrzekanie się, oraz że to nie powrót do przeszłości. Wręcz przeciwnie – simple life to bezkompromisowe skupienie się na tym, na czym nam zależy. Jeśli rezygnowanie, to tylko z rzeczy małowartościowych, o kiepskiej jakości. Simple life to życie wybredne, Elgin nazywa to wyszukaną prostotą. Nie jest to również odcinanie się od rozwoju technologicznego, przeprowadzka na pustkowie i mielenie mąki na żarnach. Jeśli ktoś sobie życzy tak też można. Ale to nie istota tego sposobu życia. Prostota to zintegrowanie osiągnięć, odrzucenie zachowań destrukcyjnych i wspięcie się na kolejny stopień w rozwoju społecznym i indywidualnym człowieka zapewniającym większą satysfakcję. To nie odwrócenie rozwoju lecz osiągnięcie formy bardziej rozwiniętej.

Potwierdzeniem że nasza zbiorowa świadomość zaczyna to dostrzegać jest np. opis
autora, jak zmienił się sposób przedstawiania go przed publicznymi odczytami –
w 1977 nazwano go renegatem MBA, a w 2005 zielonym MBA z podtekstem bycia
w awangardzie. Także istnienie tej i wielu innych stron opisujących slow life, simplicity, minimalizm, itd. potwierdza zmianę świadomości a książka dostarcza wielu innych dowodów. Podobnie widzi to Ken Wilber, który proces rozwoju ludzkości bardziej szczegółowo opisał np. w „Krótkiej Historii Wszystkiego”. I jeden i drugi autor podkreślają że wspięcie się na kolejny etap społecznej i duchowej ewolucji jest niezbędne jeśli chcemy przetrwać i zatrzymać katastrofalne zmiany planety.

Książka daje trochę wskazówek co możemy zmienić w naszych indywidualnym postrzeganiu i procesach mentalnych oraz w zachowaniach społecznych i instytucjach. To co ułatwia simple life na poziomie indywidualnym to przede wszystkim poznanie siebie. Jeśli czuję różnicę między tym na czym mi zależy bo to wynika z mojej natury, a potrzebami stworzonymi przez świat zewnętrzny – reklamy, dopasowywanie się do stylu życia, chęci przynależności do grupy, itd., to z tych drugich potrzeb nie muszę rezygnować bo mi na nich nie będzie zależeć. Będę dalej robić zakupy ale dla funkcjonalności kupowanych rzeczy a nie by się przez nie wyrazić lub zaspokoić jakieś inne emocje.

Słabszy fragment książki to gdy Elgin opisuje sposób dojścia do tego kolejnego, wyższego etapu rozwoju na poziomie społeczeństw. To niestety jest utopia niebiorąca pod uwagę różnorodności ludzkich charakterów, stopni rozwoju społeczeństw, potęgi obecnych rozwiązań systemowych, opisana stylem, który może nużyć. Chociaż spełnienie tej utopi byłoby miłe. I chociaż w książce są fragmenty, przy których kręci się głową myśląc „no niezupełnie tak”, to jej zdecydowana większość wywołuje raczej potakiwanie i powtarzanie „dokładnie tak właśnie czuję”.