Strona używa ciasteczek (cookies). Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Czytaj więcej


Dylemat społeczny (Social Dilemma)

Minimalizm: Dokument o rzeczach ważnych

Paterson

W chmurach

Firma dziękuje

Żując Źdźbło Trawy nie ma fanpage na facebooku i nie zanosi się na jego powstanie. Gdybym potrzebowała potwierdzenia słuszności mojego nastawienia do mediów społecznościowych, to wykorzystałabym do tego m.in. produkcję Netflixa Dylemat Społeczny. Pomimo że argumenty zawarte w dokumencie są znane i Netflix nie jest pierwszym bez winny.

Na pewno słyszeliście, że Steve Jobs zabraniał swoim dzieciom używania smartfonów. Nie tylko on. Wiele z osób, które współtworzyło media społecznościowe i narzędzia, którymi posługujemy się w internecie, wprowadziło restrykcyjne zasady ich używania przez swoje dzieci. W Dylemacie Społecznym opowiadają co ich tak bardzo niepokoi w nowoczesnych technologiach i dlaczego odeszli z firm. Ich głos wzmocniony jest opiniami m.in. psychologów. To nie jest głos przeciwników technologii, tylko ludzi, którzy je tworzyli, którzy znają te technologie od środka i rozwój technologii wybrali jako swoją ścieżkę zawodową. A oto co mówią w Dylemacie Społecznym:

Media społecznościowe zarabiają na reklamach poprzez sprzedawanie reklamodawcom naszego czasu i uwagi. Ten model biznesowy decyduje o wszystkim! W interesie reklamodawców, a więc również mediów, jest utrzymanie nas jak najdłużej przy ekranach. Wydaje się nam, że nikt nas do niczego nie zmusza, ale tak naprawdę to jesteśmy wmanipulowywani w to ciągłe scrollowanie, sprawdzanie, wysyłanie wiadomości, umieszczanie zdjęć, lajkowanie itd. Wykorzystuje się do tego naturalne słabości ludzkiej psychiki. Media społecznościowe stosują narzędzia, które zaprogramowują nas na głębszym poziomie i to bez naszej wiedzy. Nawet ci, którzy znają te mechanizmy, nie potrafią ich zignorować, bo trudno jest zignorować strategie skierowane na podświadomość. Brzmi nieprzekonywająco? To jak jednoręki bandyta – stale wrzucasz monetę, bo może tym razem wypadnie wygrana. Na komórce stale sprawdzasz, czy ktoś coś napisał, skomentował, czy pojawiło się coś nowego. Każda otrzymana informacja to nagroda – uzależniający wyrzut dopaminy, krótkotrwałe pozytywne wzmocnienie. Stąd ciągłe sprawdzanie, by uzyskać kolejny zastrzyk dopaminowy. Inna stosowna nazwa dla takiej sytuacji to nałóg.

Taki mechanizm ma szczególnie fatalny wpływ na dzieci. Nie wiem, czy kiedyś pokolenie rodziców bardziej kontrolowało czym ich dziecko się bawi. Moi rodzice nie do końca wiedzieli gdzie się włóczę zresztą bandy dzieci z podwórka. Ale dzisiejsze smartfony są dużo bardziej niebezpieczne niż zabawki z przeszłości. Dostępność mediów społecznościowych na komórkach jest skorelowana ze wzrostem depresji, prób samobójczych, samookaleczeń itp. wśród dzieci i młodzieży. Całe to pokolenie jest bardziej nerwowe, nie lubi podejmować ryzyka, tworzy mniej związków. Telefon jest jak smoczek. W chwilach stresu, strachu, niepewności można po niego sięgnąć i przytłumić nieprzyjemne uczucia, zamiast nauczyć się z nimi sobie radzić.

A oferta jest coraz lepiej przystosowywana by przykuwała naszą uwagę. Algorytmy analizują to co piszemy i nasze reakcje na to, co otrzymujemy. Stosując uczenie maszynowe, potrafią coraz lepiej dostosowywać podsuwane nam treści. To danymi o nas, o naszych zainteresowaniach, nawykach, znajomych, płacimy za pozornie darmowe usługi. Algorytmy na ich podstawie nie tylko potrafią przewidzieć nasze zachowanie, a nawet je modyfikować – „chodzi o stopniową, nieznaczną, niezauważalną zmianę w naszym zachowaniu” (Jaron Lanier). Celem nadrzędnym jest byśmy pozostali online, wszystko jedno czy za pomocą sprawdzonych, czy fałszywych treści. Okazuje się, że fakenewsy rozpowszechniają się 6 razy szybciej niż prawdziwe fakty. Bo fake jest przygotowany tak, by zaciekawiał, wzbudzał emocje. A to oznacza, że media społecznościowe faworyzują fałszywe informacje, bo to one przynoszą większe zyski. Dostosowywanie treści do użytkownika ma również taki efekt, że żyjemy w odmiennych rzeczywistościach, dla każdego wykreowanych odmiennie przez newsfeed Googla czy fb. Brak dzielonej z sobą wiedzy o świecie uniemożliwia nam działanie jako wspólnota.

W filmie pada również argument, że zawsze narzekano na nowości. To prawda, ale też szybkość i skala rozwoju technologi cyfrowych jest niespotykana. Nie mamy czasu do nich przywyknąć, tak jak mogliśmy przywyknąć do poprzednich wynalazków. Rozwijamy je, nie by nam służyły, lecz by nami manipulowały. W efekcie rodzą chaos, agresję, brak empatii i zaufania, samotność i polaryzację, odciągają nas od rzeczywistości i od prawdziwych problemów do rozwiązania.

Czy nie przesadzam? Ludzie, którzy pomagali te technologie stworzyć, boją się, że w wyniku ich używania doprowadzimy do upadku cywilizacji przez umyślną ignorancję, nie podołamy wyzwaniom, zniszczymy demokrację wywołamy wojny domowe, zrujnujemy gospodarkę i nie przeżyjemy.

Jako końcowe podsumowanie zacytuję jeszcze jedną z uwag, które padły w filmie: większości planów życiowych nie realizuje się gapiąc się na ekran.

Na osobach niesiedzących w temacie, minimalizm może stwarzać wrażenie sekty próbującej udowadniać, że da się żyć, posiadając tylko laptop, komórkę i szczoteczkę do zębów. Jakby to były zawody kto przeżyje, posiadając mniej. Film D’Avelli trochę to prostuje, podkreślając, że minimalizm to nie wyrzeczenie, ale życie bardziej celowe, zawierające więcej wartości. Redukowanie nie tylko liczby rzeczy materialnych, ale również elementów stylu życia, które rozpraszają, zabierają czas i energię. Minimalista woli je przeznaczyć na rzeczy istotne, takie jak związki międzyludzkie, angażowanie się i wspieranie wartościowych inicjatyw, rozwój, satysfakcję z każdego momentu codziennego życia. Gdy mówimy o minimalizmie, powinniśmy się skupiać na tym, czego nam przybywa, tj. więcej rzeczy dodających życiu wartości, czyniących nas szczęśliwymi, a nie na tym, czego się pozbywamy. Stąd tytuł – „Dokument o rzeczach ważnych”.

Pomimo tego, film przekona przekonanych. Tych, którzy tematu nie czują, raczej nie. Pokazane konwersje na minimalizm dotyczą życia, od którego wielu raczej nie będzie uciekać, nie tylko w Polsce. Nawet za cenę szczęścia. Film z jednej strony podkreśla, że minimalizm to nie radykalny styl życia, ale wybór jakości nad ilością. Jednak postaci z filmu są dosyć radykalne w swoich wyborach i podjętych życiowych decyzjach. Dobrze byłoby zobaczyć mniej spektakularne przykłady takich przeciętnych minimalistów, którzy żyją wg „nie za dużo, nie za mało, ale wystarczająco”. Bo to „wystarczająco” wydaje mi się, wymaga największej samoświadomości. Prosta redukcja posiadania jest bezmyślna, jest przyjmowaniem kolejnego stylu, skupianiem się nie na tym, co jest ważne. Nawet jeśli zredukowanie bałaganu na zewnątrz i wewnątrz nas, niezależnie od motywacji, raczej nam dobrze zrobi.
Im więcej posiadamy, tym bardziej jesteśmy uwięzieni przez zagracone życie. A co jeśli nie czujemy się zniewoleni? Ktoś, kto jeszcze jakoś funkcjonuje w przepełnionym życiu i daje radę zaczerpnąć oddech w ciągu dnia, zapada w rutynę, w którą nas wtłoczyła kultura, przemysł dóbr zbywalnych i reklamy i rzadko myśli o zmianach. W chwilach kryzysu, w chwilach natłoku i gorączki brakującego czasu, widzimy ostrzej i jest większa szansa, że poczujemy tęsknotę do życia bardziej wybrednego, z którego powyrzucamy to, co je zagraca. Film trochę też za mało przekonująco pokazuje te chwile kryzysu.
Podejmowanie wyborów, życie wg własnego skryptu – to nie jest prosta droga. Tylko mniejszość się na nią decyduje, Większość idzie na łatwiznę, przyjmując gotowe rozwiązania podsuwane przez reklamy. Dlatego nie ma szans, by ten ambitny styl życia wszedł do mainstreamu. To zbyt trudne. I tu jest paradoks – z jednej strony przez minimalizm można osiągnąć prostsze życia, ale z drugiej wymaga wysiłku, by poznać siebie, zrozumieć co naprawdę jest istotne.
Aktywni minimaliści lub tylko minimalizmowi kibicujący, będą mieć przyjemność z oglądania. Ambiwalentnie nastawieni być może dostrzegą paralelę do własnego życia i film stanie się kroplą drążącą skałę.
Film dostępny tutaj w wersji oryginalnej.

„Jak dużo może się dziać w filmie, w którym się nic nie dzieje”. Takie podsumowanie padło wśród widowni na sali kinowej po zakończonym seansie. Celne bo w filmie nie ma akcji. To raczej zapis zwykłych zdarzeń z całego tygodnia – wstawanie rano, śniadanie, wyjście do pracy, praca, itd. Jeśli dzieje się coś spoza rutyny to, no może z jednym wyjątkiem, i tak należy do zdarzeń przewidywalnych, tylko nieco mniej prawdopodobnych. Tu nie ma jak u Hitchcocka rewolweru na początku, który wypali w późniejszych scenach. Spokojne, rutynowe, trochę bezbarwne (pozornie) życie.

To dlaczego film wciąga? Bo przez to, że nie ma natłoku wydarzeń, można się skupić na szczegółach bieżącej chwili. Każdy moment, każde drobne, banalne wydarzenie staje się niezwykłe, nabiera intensywności i barwności. To co wydawałoby się nieciekawe nagle zaskakuje i nie jest już takie normalne i przeciętne. Poszerza się kąt widzenia, dostrzega się więcej. Gdy chwila jest przeżyta świadomie można odnaleźć w niej, oraz w całym życiu poezję. To film o poezji w codzienności ale też o skupieniu na bieżącym momencie, które jest warunkiem koniecznym by w pełni cieszyć się życiem. Nic dziwnego, że bohater odmawia posiadania telefony komórkowego.

Tym, których odrzuca gadanie o „byciu tu i teraz”, proponuję mimo wszystko zobaczyć Patersona. W spokoju i skupieniu, bez rozpraszania się. Nawet jeśli film się Wam jednak nie spodoba, jest szansa że po obejrzeniu wyostrzy się Wam postrzeganie świata i poczujecie intensywniejszą świadomość istnienia. To tak jakbyśmy do tej pory patrzyli przez zaparowane okulary. Efekt niestety mija i wkrótce znowu zapętlamy się w planowanie, analizowanie i inne formy ucieczki od bycia w chwili.

Jeśli ktoś szuka podobnego odnajdywania piękna i szczęścia w codzienności to polecam Rachunek Jonasa Karlssona.

Film o potrzebie głębokich związków z innymi. Ale również o spłycaniu, czy wręcz eliminowaniu tych związków przez nowoczesny business.
Główny bohater to idealny pracownik – zaangażowany w pracę, ale nieprzywiązany do niczego poza benefitami z niej wynikającymi. Jest wynajmowany przez inne firmy by zwalniać ludzi tak, by ci ten fakt zaakceptowali. Najlepiej by było, gdyby zwalniani podchodzili do utraty pracy tak jak on do życia – z lekkim bagażem czyli bez przywiązań. Prześlizguje się przez życie bez wchodzenia w głębokie relacje. Żyje w płytkim świecie plastikowych kart, uprzywilejowanych pozycji w kolejkach na lotniskach i hotelach.
Jego podejście to nie tylko kwestia charakteru. To także pożądane cechy u pracowników w większości organizacji: oczekiwanie gotowości do ciągłych zmian, przeprowadzek, życie w podróży ze słabymi lokalnymi związkami, czas spędzany w anonimowych lotniskach i hotelach, wynagradzany różnymi bonusami i symbolami statusu. Oczekiwanie elastyczności i zapominanie przez firmy, że mają do czynienia z ludźmi kulminuje w absurdzie zwalniania pracowników nie osobiście, lecz podczas telekonferencji. Ciekawe czy ta filozofia życia bez bagażu emocjonalnego wynika z wcześniejszej osobowości bohatera czy raczej zaadoptował ją pod wpływem kultury businessowej.

Satyra odczarowująca absurdy korporacji. Doskonała jeśli ktoś potrzebuje poluźnić objęcia firmy, zmniejszyć jej wpływ na psychikę i zwiększyć odporność na indoktrynację.
W trakcie trwającej reorganizacji (czytaj fali zwolnień), po przejęciu firmy przez „globalnego gracza”, Adam, jeden z menedżerów zostaje zaproszony do luksusowej wili na weekendowe spotkanie by … no właśnie, nie bardzo wiadomo po co. Nie ma harmonogramu, nikt go nie informuje jaki jest cel spotkania. Gdy Adam, przyzwyczajony do tradycyjnego, uporządkowanego stylu pracy naciska by się czegoś dowiedzieć, otrzymuje od swojego nowego szefa i trenerki personalnej sprzeczne komunikaty – najpierw pytanie czemu nie potrafi wykorzystać sytuacji i się zrelaksować, a później oczekiwanie zaangażowania i inicjatywy – w końcu weekend jest na koszt firmy. Niby luz i relaks ale Adam jest ciągle oceniany a reguły tej oceny są nieznane. Nie liczy się co osiągnął, ale to jak pasuje do firmy. Musi zmienić własną tożsamość lub raczej nieustannie ją zmieniać. Ma być sobą, ale to „sobą” musi być zgodne z aktualnym(!) oczekiwaniem firmy, trudnym do uchwycenia. Nie ma stałych
reguł, osiągnięcia o niczym nie decydują. Trzeba przyjąć „corporate identity”
a i to niczego nie gwarantuje.