Strona używa ciasteczek (cookies). Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Czytaj więcej


Różni autorzy: Artykuły, eseje i strony poświęcone redukcji czasu pracy i degrowth

Dwutygodnik: cykl Powolność.

Nowoczesne media – Temat tygodnia Tygodnika Powszechnego nr 13, 25 marzec 2018

Erudyci z Twittera

(lista na dole tekstu)

W 1930 brytyjski ekonomista John M. Keynes opublikował esej „Ekonomiczne perspektywy dla naszych wnuków” (Economic Possibilities for Our Grandchildren, dostępny legalnie online w wersji angielskiej), w którym przewiduje, że rozwój nauki i techniki spowoduje wzrost efektywności pracy i uwolni nas od codziennej, wielogodzinnej harówki dla zaspokojenia podstawowych potrzeb. Już za 100 lat (czyli mniej więcej teraz) mieliśmy nie pracować więcej niż 15 godzin tygodniowo. Jednak ponieważ w całej naszej dotychczasowej historii przeżycie wymagało wysiłku, poświęceń i starań, doprowadziło to do szczególnego wytrenowania – wzmocnienia impulsów i instynktów wspierających nieustanną aktywność i pomnażanie dóbr. Według Keynesa w czasach jego wnuków, gdy podstawowe, absolutne potrzeby będą już uniwersalnie zaspokojone, to nie Ci, którzy wyróżniają się predyspozycjami do zarabiania pieniędzy będą najszczęśliwsi, najlepiej przystosowani, lecz Ci, którzy opanowali sztukę życia – potrafią w sposób wartościowy i satysfakcjonujący spędzać czas wolny, podążając za wartościowymi celami.

Wizja Keynesa się nie sprawdziła (na razie). M.in. dlatego, że zamieniliśmy zyski spowodowane przez wzrost efektywności na wzrost płac a nie na czas wolny (patrz J. Schor: Overworked American). Jednak temat redukowania godzin pracy powraca i pojawia się coraz więcej argumentów za tym, że ta redukcja może być pomocna w rozwiązaniu wielu z problemów ludzkości:

  • To już truizm że nie pracujemy wydajnie gdy jesteśmy przepracowani, Podobno komputer Macintosh mógłby powstać rok wcześniej gdyby pracownicy Apple spędzali w biurze tylko połowę z faktycznie poświęconego na jego rozwój czasu. Jest duża szansa, że pracując krócej będziemy zdrowsi oraz szczęśliwsi, co z pewnością również pozytywnie wpłynie na jakość pracy. Dopuszczenie możliwości dzielenia etatów między kilkoma pracownikami zmniejszy bezrobocie.
  • Bezrefleksyjne skupienie się na wzroście gospodarki nie jest dobre dla klimatu czy ogólniej – dla całej natury, od której w końcu zależymy. Nieskończony wzrost na planecie będącej w dużej mierze zamkniętym systemem jest po prostu fizycznie niemożliwy (Limits to Growth. Dennis Meadows et al.). Stanie się do oczywiste gdy zamiast myśleć kategoriami ekonomicznymi posłużymy się prawami przyrody. Ośmielę się twierdzić że te ostatnie są bardziej absolutne. Stąd coraz częściej dyskutowany koncept degrowth.
  • Zmniejszenie rozmiarów światowej gospodarki prowadziłoby do zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych i generalnie zmniejszenia obciążenia natury. Mniejsza gospodarka to mniejsza ilość produktów, zwłaszcza tych tanich przeznaczonych do krótkiego używania, mniej marek (mnogość wyboru wcale nie prowadzi do odczuwania szczęścia czy zadowolenia. Patrz: Barry Schwartz: Paradoks Wyboru. Dlaczego więcej oznacza mniej), mniej transportu, mniejsza konsumpcja materiałów i energii, mniej produkcji i mniej godzin pracy. Za to więcej czasu wolnego spędzonego nie w zatłoczonych centrach handlowych ale z rodziną, przyjaciółmi, czy samotnie zajmując się celami bardziej satysfakcjonującymi niż zarabianie i wydawanie. Czyż nie jest to definicja dobrego życia? Oczywiście nie można tego zrobić bez stopniowej ale totalnej przebudowy całego systemu ekonomicznego. Duża część z nas będzie także potrzebowała detoksu od życia w nadmiarze.

Wzrost gospodarczy nie sprawdził się w rozwiązaniu problemu biedy czy zapewnieniu wszystkim zatrudnienia. Czas najwyższy wyzwolić się z dogmatu, że jest to jedyny sposób w jaki można gospodarować i oddzielić idee szeroko pojętego rozwoju od wzrostu gospodarczego.

http://www.fpiec.pl/futopia/mniej-pracy-diy-miejskie-ogrodnictwo-spoldzielnie-kooperatywy-garazowki-slow-food-tak-uratujesz-swiat

https://www.idler.co.uk/article/news-coming-of-the-one-day-week/

https://www.idler.co.uk/article/je-ne-veux-pas-travailler/

https://ideas.ted.com/how-working-less-could-solve-all-our-problems-really/?utm_campaign=social&utm_medium=referral&utm_source=linkedin.com&utm_content=ideas-blog&utm_term=humanities&utm_campaign=social&utm_medium=referral&utm_source=linkedin.com&utm_content=ideas-blog&utm_term=business

https://www.vice.com/en_us/article/bj9yjq/the-radical-plan-to-save-the-planet-by-working-less

Wydaje się że slow life zrobiło się do tego stopnia mainstreamowe, że w jest już w dobrym tonie je krytykować. W 2017 Dwutygodnik.com opublikował cykl artykułów, których autorzy zastanawiają się czym jest powolność w różnych aspektach życia, i niektórzy z nich odnoszą się do idei nieco krytycznie.

Świetnie czyta się teksty o powolności w przyrodzie Roberta Pucka i Stanisława Łubieńskiego. Natura nie jest ani slow ani fast bo sama nie wybiera swojego tempa natomiast my możemy zadecydować jak będziemy ją badać. Jeśli robimy to w powolny sposób, porzucając mechanistyczne podejście, to jest szansa że poczujemy „znaczenie jej wewnętrznej istoty”. Najwięksi badacze tak to właśnie robili. Wtedy powolność w obserwacji to po prostu uważność. (Tutaj świetny podręcznik do obserwacji natury w mieście).

O uważności pisze Michał Cichy. Co prawda nie używa tego słowa, ale jego powolność podczas najzwyklejszych czynności dnia codziennego, i tworzenie na jej podstawie rytuałów codzienności to nic innego jak uważność. Cichy dostrzega powiązanie powolności / uważności z minimalizmem, który nazywa nielicznością – ograniczeniem rzeczy i ludzi by mieć czas dla siebie. Jest tu celne spostrzeżenie, że „pośpiech oznacza niedostatek poczucia wartości własnej i uznania prymatu potrzeb innych ludzi nad naszymi”. Świetny tekst.

Cichy uważa, że nasz problem z czasem rozpoczął się wraz z powstaniem zegarów. Podobnie twierdzi Juliet Schor. Powiedzenie że ludzie szczęśliwi czasu nie mierzą ma solidne podstawy.

Na tempo przyrody nie mamy wpływu ale możemy powolność wprowadzić do muzyki (Jan Topolski) i do TV. Darek Arest opisuje jakim hitem telewizyjnym okazała się np. relacja minuta po minucie z przejazdu pociągu w Bergen do Oslo (7 godzin!), a Jakub Socha o hipnotyzujących transmisjach rozgrywek snookera, oglądanie których ma tylko sens jeśli przez skupienie na momencie zwiększymy siłę percepcji. Na podstawie własnego doświadczenia mogę potwierdzić, że slow TV faktycznie uspokaja oraz wycisza ciało i umysł.

Nowoczesna komunikacja jest wrogiem powolności (o ironio – tyle problemów z czasem miała rozwiązać, a to co oferuje to głównie przyspieszenie!). Mirosław Fliciak analizuje szybkość i spowolnienie w sieci. Przyznając że problem jej destrukcyjnego wpływu istnieje, dochodzi do wniosku, że żeby „czasowy wymiar życia był mniej regulowany przez media” nie wystarczy zmienić nawyki ale cały system. Dlatego przeciwstawianie się wpływowi mediów pozostaje wg niego możliwością ekskluzywną. Zgadzam się że spowolnienie dzięki aplikacjom, które ułatwiają kontrolę nad czasem online to gaszenie ognia benzyną. Ale argumentu, że takie mamy czasy, slow web to tylko na wakacje i powolne funkcjonowanie na dłuższą metę byłoby nie do wytrzymania totalnie nie kupuję. Samokontrola w korzystaniu nie jest łatwa ale tylko okres detoksu jest ciężki. Gdy się go przejdzie to im dłużej żyjemy bez nałogu online (co nie oznacza bez sieci), tym bardziej się w powolności rozsmakowujemy.

Skuteczne, chociaż nie wszystkie całkowicie poważne, sposoby na „utrudnianie sprzętom na korzystanie z nas” proponuje Agnieszka Słodownik. Niektóre z wykorzystaniem tych samych narzędzi, które są źródłem problemu czyli znowu aplikacji lub specjalnych stron internetowych.

Słodownik wspólnie z Anną Desponds rozmawiają w podcaście o slow web i tempie życia. Jest tam kilka ciekawych obserwacji ale moim zdaniem nie doceniają problemu i wynikającej z niego gorszej jakości naszego życia. Np. twierdzenie że pełna koncentracja ale na krótką chwilę, co przecież oferuje sieć, to też jakiś rodzaj powolności, to złuda. To pokazuje, że nie rozumieją istoty powolności. Podobnie jak Łukasz Najder gdy opisuje wyścig z czasem by przeczytać cykl książek podczas urlopu. Chociaż zauważa FOMO przez które musi przejść zanim swój maraton czytelniczy rozpocznie.

Za to Marek Bieńczyk ciekawie zauważa, że powolność to bycie we własnym czasie, który wyznacza granicę naszych światów. Jeśli to trochę enigmatyczne to przeczytajcie tekst, Bieńczyk to lepiej wyjaśnia. Podobnie jak Cichy, doszukuje się powolności w zwykłych czynnościach, powtarzanych ale najlepiej bez wyznaczanego regularnego tempa.

Czytanie wielu z tych tekstów to prawdziwa przyjemność ale wymagająca zwolnienia by się skupić i płynąć z tekstem a więc czynność sama w sobie będąca odtrutką na zagonienie.

Tematem tygodnia tego numeru TP są nasze relacje z nowoczesnymi mediami.

W edytorialu „Apologia Ciszy” ks. Boniecki pisze o potrzebie oderwania się od zgiełku i hałasu by ułatwić sobie kontakt z Bogiem, co można sformułować mniej religijnie – kontakt z wyższym sensem, czy z samym sobą: „cisza i oderwanie (…) pozwalają łatwiej dostrzegać rzeczywistą wartość spraw i rzeczy”.

Ale w artykule „Cyfrowy post” Mateusz Halawa krytykuje „utopie odłączenia” – czyli marzenia osiągnięciu lepszego, świadomego życia i spokoju poprzez odłączenie się od technologii. W prawdzie dostrzega negatywne symptomy używania technologii i objawy zależności od mediów, twierdzi jednak że cyfrowy detoks nie może się udać bo technologie stały się częścią naszej tożsamości i rzeczywistości. Dzięki sieci możemy w świecie funkcjonować – praktyczna strona życia bez internetu jest już prawie niemożliwa. Ponadto nowe media i technologie to nasz kontakt ze światem, nasza tożsamość jest już z nimi spleciona. Odłączenie, przerwanie kontaktu i spowodowany tym brak „nieustannego potwierdzania własnego istnienia” kończy się kryzysem tożsamościowym. To offline jesteśmy nieautentyczni.

Można się z tym zgodzić gdy pogodzimy się z faktem że nasza tożsamość potrzebuje wsparcia smartfonu i nie potrafi niezależnie istnieć. Ja jednak nie chcę zaakceptować że moja osobowość wymaga protezy internetu by się czuć dobrze ze sobą. Rozumiem ten stan ale nie akceptuję go jako zadowalający. Przez analogię – zgadzamy się, że duża część ludzkości jest otyła ale nie akceptujemy tego jako czegoś niezmiennego. Nie akceptujemy również braku działań, które by poprawiły tą sytuację. Dlaczego w takim razie mielibyśmy akceptować brak niezależnej osobowości?

Na szczęście ostatni artykuł sprawia, że temat tygodnia nie jest tylko bezradnym rozkładaniem rąk. W „Uciec z sieci – ale dokąd?” Piotr Sikora opisuje problem z siecią, czy z technologią w ogóle, jako dużo starszy niż obecna era informacyjna. Jest to tak stara jak ludzkość próba pokonywania egzystencjalnego lęku przez wzmacnianie własnego ego. Dlatego wylogowanie to za mało. Nigdy pobyt na pustyni nie był celem samym w sobie ale drogą do duchowego rozwoju. Należy sobie zadać pytanie co jest Najważniejsze, po co się odłączać. Przestrzeń, cisza, która się pojawia offline musi być czymś wypełniana. Skupiając się na Najważniejszym można korzystać z sieci „ a nie zaplątać się w niej i nie dać się w nią złowić”.

Totalne odłączenie nie jest ani możliwe, ani potrzebne. Każdy sam musi znaleźć dla siebie to „Najważniejsze”. I kierować się tym w wyborach dotyczących przeżywania chwil, które ciągle podejmujemy.

„Erudyci z Twittera”, Gazeta Wyborcza 7-8 czerwca 2014.

(Przedruk z The New York Times – Faking Cultural Literacy, 24 maj 2014).

„Nigdy nie było tak łatwo udawać, że wie się bardzo dużo, podczas gdy nie wie się nic.” Ten cytat z artykułu Karla Taro Greenfelda najlepiej go puentuje. Tak jak media społecznościowe tylko pozornie zwiększają międzyludzką komunikację, tak dostęp do informacji tylko pozornie zwiększa naszą wiedzę. Mamy dostęp to treści w ilościach, których nie jesteśmy w stanie nawet zarejestrować. A to co wiemy, znamy nie z pierwszej ręki, z własnego doświadczenia, tylko ze streszczeń z internetu. I obecnie nie liczy się już czy mieliśmy osobisty kontakt z wydarzeniem, z tekstem, wystawą, filmem, lecz czy wiemy o ich istnieniu. To pozwala nam prowadzić dyskusje, w których tylko wymieniamy się przeczytanymi opiniami innych.

To może jeszcze nie jest najgorsze. Najgorsze jest to że „nasz kanon kulturowy wyznacza to, co jest najczęściej klikane”. A materiały do klikania podsuwane są nam przez algorytmy Googla, FB, Twittera i reszty. Mamy założony podwójny filtr – podsuwa się nam wiadomości a następnie podsuwa się nam ich interpretację.

Wniosek nie wyartykułowany, ale łatwo się wysuwający po lekturze artykułu jest oczywisty: Czas żebyśmy przestali być dyletantami poznającymi nie tylko kulturę, ale całe życie z drugiej ręki. Uprośćmy i nie próbujmy ogarnąć wszystkiego a zostańmy specjalistami w tych kilku ważnych dla nas obszarach. W nauce i technice zaakceptowaliśmy, że specjalistą można być tylko w wąskiej dziedzinie. Inne rozwiązania się po prostu nie sprawdzają. Dlaczego próbujemy udowodnić coś innego we własnym życiu?

P.S. Nie ograniczajcie się do powyższej recenzji tylko przeczytajcie artykuł samodzielnie.